Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 stycznia 2022

Bez powrotu.

 Taka mini historyjka

Któregoś dnia pani B wyszła z domu i już nie wróciła. Dom czeka, nieruchomy, milczący. W powietrzu unosi się jeszcze zapach perfum pani B. Zapach wczorajszej kawy. W szafie wiszą wyprasowane suknie i czekają na swoje wielkie wyjście. Ranne pantofle zachowały jeszcze resztki wczorajszego ciepła. Niedomknięte okno oddycha, nieśmiało poruszając firanką. I nagle szczęk kluczy w zamku, odgłos kroków. Czarne buciki zostawiają ślady błota na jasnym parkiecie. Podchodzą do szafy. Obce ręce szarpią z wieszaków suknię za suknią i upychają w czarnym worku na śmieci. Hałas buciorów na podłodze, smród papierosów, głośne pokrzykiwania. Mocne ręce chwytają szafę i podrywają ją do góry, wyrywają z własnego, rodzinnego kąta. Nie! Co powie pani B, gdy po powrocie nie zastanie szafy?! Otwarte drzwi rzucają ostatnie spojrzenie znikającej na zakręcie schodów szafie, która po potężnym kopnięciu ciężkim buciorem potoczyła się w dół po betonowych stopniach boleśnie raniących jej boki. Otwarte drzwi wypatrują pani B, starają się wychwycić znajomy głos, znajomy dotyk na klamce. Ściany stoją jeszcze niewzruszone na straży zrujnowanego świata pani B, ale już wiedzą, że ten świat przestał istnieć. Pani B nie powróci.

wtorek, 30 lipca 2013

Pamiętne imieniny

                                                                    Kilka dni temu madame miała imieniny
Przed południem wyprawiła przyjęcie dla kolegów z pracy a wieczorem dla Misiaczka i przyjaciół domu. Wieczór był radosny, tylko z miłymi niespodziankami.

Wiele lat temu zdarzyło się madame wyprawić ekstremalne imieniny.
Wieczorem położyłam, małe jeszcze, dzieciaki spać, a sama zabrałam się za przygotowywanie wielu wyszukanych smakołyków, dekorowanie stołu i upiększanie siebie.
Takie widoki dla Misiaczka są zbyt drastyczne, dlatego też postanowił wyprowadzić pieska na spacer, aby ten nie przypomniał sobie o nim w czasie wizyty gości.

- Nie biorę klucza, nie zamykaj drzwi – powiedział jeszcze przed wyjściem Misiaczek.
W porządku, nie zamknęłam. Przecież nikt mnie nie ukradnie przez te parę minut.
 W piekarniku dochodziła kaczka z jabłkami. Pachniało w całym domu pieczonym mięskiem, sernikiem i perfumami.  Dostałam je w prezencie od Misiaczka a pachniały niebiańsko!
Właśnie miałam wyjmować pieczyste z piekarnika, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi. Czyżby już goście? Ale nie. Za drzwiami słyszę głos Misiaczka.
- Dlaczego zamknęłaś drzwi?!
Przecież są otwarte, ty ofermo! Podchodzę do drzwi, chwytam za klamkę i żeby udowodnić Misiaczkowi, że mam rację mocno szarpnęłam za klamkę. O rety! O mało nie wyrwałam sobie ręki z korzeniami.
Co się dzieje? Przecież ja ich nie zamykałam! Próbuję otworzyć zamek górny. Otwarty! Dolny zamek – też otwarty! A drzwi zamknięte i nie mają zamiaru ustąpić!
 Wpadam w panikę. Co mam zrobić! Nie wydostanę się z domu!
Misiaczek uświadomił mi, że on jest w gorszej sytuacji bo będzie musiał nocować na schodach, nie mówiąc o gościach, którzy już za chwilę się pojawią.
Wszelkie próby otwarcia drzwi zawiodły. Trzeba wyważyć drzwi. Niestety, mamy drzwi z blokadami i jest to nierealne, tym bardziej, że nie mamy żadnego doświadczenie we włamywaniu się.
Słyszę jak Misiaczek rozmawia z sąsiadem, dociera do mnie straszne słowo- siekiera. Będą rąbać moje piękne drzwi z boazerią, którą własnoręcznie z Misiaczkiem przybijaliśmy?! Nie zgadzam się! Co sobie pomyślą goście?, że Misiaczek zaraził się od pacjentów i zwariował?
Słyszę jak panowie odrywają piękną lakierowaną deseczkę i stwierdzają, że to nic nie dało, że trzeba rozkręcić zamek od środka. Z trudem powstrzymuję płacz. Mam przecież odświętny, perfekcyjny makijaż. Łzy jednak same płyną, jestem przekonana, że już nigdy nie wydostanę się z domu.
Misiaczek z sąsiadem debatują pod drzwiami, piesek piszczy, dzieci się obudziły a ja czuje, że jeszcze chwila a zostanę pacjentką własnego męża. Na oddziale zamkniętym. Zamkniętym?! O, Boże!
  Misiaczek dochodzi wreszcie do wniosku, że nie ma innego sposobu tylko musi dostać się do mieszkania przez balkon sąsiada. Moje serce zaczęło walić jak dzwon na trwogę. Przecież to czwarte piętro! Jak Misiaczek przeszedł z balkonu sąsiada na nasz balkon nie widziałam, zamknęłam oczy i zatkałam uszy. Kiedy go jednak zobaczyłam w pokoju, całego i zdrowego poczułam się taka szczęśliwa, jakby mi niebo spadło do rąk. Nie zauważyłam nawet, że za Misiaczkiem wszedł drogi człowiek pająk, nasz sąsiad. Wspólnymi siłami poodkręcali wszystkie zamki. A czas naglił ponieważ goście już czekali pod drzwiami. Bardzo rozbawieni komentowali atrakcje imieninowe, jakie dla nich przygotowałam.
Zastanawiałam się nawet czy się na nich nie obrazić. Po pół godzinie majstrowania przy drzwiach, intelektualiści odkryli, że to nie zamki się zepsuły tylko klamka! Po prostu z niewiadomych przyczyn urwał się taki mały dziubek, który wchodzi do dziurki. I już tam pozostał.

Imieniny się udały, mimo że z kaczki jadalne były tylko jabłka. Reszta się spaliła.

( Tekst z jednego z moich starych, nie istniejących już blogów. Z braku czasu wstawiłam jak leci, bez korekty. ) 

niedziela, 31 marca 2013

Ostatni zajazd w Borkach, historia szlachecka z roku 2012 :))

Dwór w Soplicowie z ryciny Michała Andriolliego
   
Praca nad książką stanęła w miejscu i ani rusz dalej.
Za dużo codziennych problemów mnie rozprasza, a i warunki lokalowe nie należą do komfortowych. Postanowiłam więc w trybie przyspieszonym warunki powyższe zmienić na lepsze. Intensywne myślenie zaowocowało tylko jednym pomysłem: stryj Wacław!
Fakt, że daleko. Prawda, że trochę uderzy po kieszeni. Ale za to jaki spokój, cisza, widoki. Zakątek Podlasia nie tknięte przez czas.
Chwyciłam więc telefon i dzwonię do stryja. Mówię, że muszę odpocząć, potrzebuję nieco spokoju do pracy i w związku z tym przyjadę. Wspomniałam oczywiście profilaktycznie o ogromnej tęsknocie za stryjem. Jakże by inaczej. Zasięgnęłam języka co do sytuacji we dworze, spytałam czy nie będę przypadkiem przeszkadzać i takie tam grzecznościowe bzdety.
Stryj trochę plątał się w zeznaniach, e… odpocząć chcesz? ee….tak, pewnie, że możesz przyjechać…. a zresztą jak będziesz to pogadamy.
Nie chce, żebym przyjechała, czy co?
Długo jednak się nad tym nie zastanawiałam, spakowałam się i ruszyłam pociągiem na kraj świata. Gdybym wiedziała, co mnie tam czeka, wróciłabym do domu piechotą.

    
Po długiej podróży dotarłam wreszcie na miejsce. Maleńka stacyjka, pustka, cisza przerywana tylko śpiewem ptaków i szumem wiatru.
Pustka? No, do jasnej ciasnej! Przecież miał tu ktoś na mnie czekać! Jak ja teraz z tymi tobołami po piachu dowlokę się do stryja? No, ładnie się zaczyna mój wypoczynek. Będzie, jak widzę, czynny do bólu.
Ale nic. Nie poddaję się tak łatwo. Od czego są telefony? Oby tylko był zasięg na tej pustej połaci. Był. Stryj przepraszał bardzo za opóźnienie, ale takie zamieszanie w domu. Już wysyła po mnie wóz. Powinien być za parę minut. Parę minut to jakoś wytrzymam. Usiadłam na ławce i wystawiłam twarzyczkę do słońca. Przez te parę minut nie nabawię się chyba zmarszczek? Siedzę, siedzę i co chwila rozglądam się za limuzyną, która po mnie jedzie.
Nagle zerwałam się na równe nogi! Boże, trzęsienie ziemi, koniec świata!
Zobaczyłam tumany kurzu i usłyszałam głośny tętent kopyt, jakby stado bawołów pędziło przez prerię! Kiedy kurz opadł zobaczyłam furmankę, wóz drabiniasty zaprzężony w dwa ogromne, masywne wiejskie konie!
To ma być ten wóz!!?
Woźnica grzecznie się przywitał i powiada: co to porobiłosie we dworze! Wszyscy zarobieni po łysiny! Ledwo od roboty oderwałsie ja.
Wszyscy?!! Jacy wszyscy? Przecież ja pół świata przejechałam, żeby mieć ciszę i spokój!
Pani pakujesie na furmankę, nie ma czasu! – pogonił mnie woźnica.
Łatwo powiedzieć. Jak wsiąść na toto coś? Konie ogromne, patrzą na mnie jakoś tak spode łba.
O matko! Nie!! Ja wracam do domu!
Już miałam zrealizować plan powrotu, gdy nagle i niespodziewanie znalazłam się na furmance. Czy mi się zdawało, że furman położył swoją wielką łapę na mojej pupie i dosłownie wrzucił mnie na wóz? Mam nadzieję, że to sen.
Jedziemy. Fura podskakuje na wertepach, konie rżą, machają ogonami tuż przed moim nosem, pokazują bezwstydnie gołe tyłki.
Koń po prawej, siwek, z gracją podniósł ogon do góry i wypuścił na drogę grad pączków, po czym parsknął radośnie i dalej dumnie kroczył polną drogą.
A lipy tak cudnie pachniały.
cdn.                                                                                                                                                                   











niedziela, 24 marca 2013

Święta zubożałej polskiej szlachcianki :)

 Tekst nie jest nowy, ale na czasie :)

 Od samego rana we dworze ruch jak na targu w miasteczku. W kuchni odgłosy przygotowań do świątecznego śniadania. Na podwórzu szczekanie psów, pokrzykiwania służby. Pierwszy wstał stryj Wacław, leciwy staruszek. Stukając laseczką o świeżo wyszorowane deski podłogi powoli doszedł do jadalni. Stół nakryty białym obrusem był jeszcze pusty. Kiedy tłusta, o różowej, błyszczącej twarzy kucharka zauważyła stryja, zarządziła nakrywanie do stołu. Wjechały pieczenie na zimno, pasztety, jaja na tysiąc sposobów, baby, mazurki. Kiedy w całym dworze zapachniało jedzeniem do jadalni szybkim krokiem weszły dwie ciotki, od lat kilkudziesięciu będące w wieku średnim. Reszta gości jeszcze spała snem świątecznym.
Do mojego pokoju, będącego ostatnim w amfiladzie, odgłosy budzącego się dnia docierały bardzo powoli. Wyraźnie natomiast słyszałam śpiew ptaków za oknem. Pierwsze promienie słońca, które wkradły się do pokoju i położyły na mojej poduszce, skutecznie wygoniły mnie z łóżka. Głowę miałam ciężką i wszystkie członki obolałe, co było skutkiem wczorajszego, długiego spaceru po lesie i siedzenia do późna przy biurku. Pisanie wymaga poświęceń, nawet w święta.
Kiedy ubrana w gustowny szlafroczek i rozczochraną fryzurę dotarłam w końcu do jadalni prawie wszystkie miejsca przy stole były zajęte. Po paru minutach dołączyła do nas kuzynka, która właśnie wróciła z porannego joggingu. Podobno ten doskonale wpływa na figurę i przedłuża młodość. Niestety nie w jej przypadku. Ale po co jej miałam to mówić? Niech żyje szczęśliwa w nieświadomości brutalnej prawdy.
Zanim zabraliśmy się za pochłanianie świątecznych potraw, stryj przespacerował się wokół stołu z ogromną flachą jakiejś paskudnej wody toaletowej i po kolei pokropił wszystkie głowy śmierdzącą cieczą. Wypadało się uśmiechnąć i nieco radośnie popiskiwać. Wszyscy udawali doskonale bo stryj był zadowolony.
I tak siedzimy przy tym stole do teraz. Coraz mniej mówimy, bo trudno oddychać.
Zaraz wszyscy udadzą się do swoich pokoi i rzucę swe umęczone zwłoki na łoża.
Kiedy już sadełko odłoży się jak trzeba, pójdziemy na spacer. Wrócimy pewnie dopiero na kolację, którą podadzą na werandzie. Stryj będzie opowiadał historie, które wszyscy doskonale znamy i pamiętamy znacznie lepiej niż on.
Posłuchamy jednak z wielkim, nieukrywanym zainteresowaniem.
Tradycja, to tradycja.
Raz do roku da się wytrzymać.
A po wielu latach będzie się bardzo tęsknić.

piątek, 1 lutego 2013

Straszydło ( fragment)

Jak niewiele jest rzeczy, których możemy się spodziewać. Większość tego co nas spotyka, dzieje się niespodziewanie. Niespodziewanie też odchodzimy i to zawsze w nieodpowiednim momencie. Zawsze zostawiamy jakieś niedokończone sprawy. Tylko to po nas zostaje. I może jeszcze kilka przedmiotów, nikomu już niepotrzebnych. Jeżeli nie zasługują na miano pamiątek lądują na śmietniku. Nikt się nie zastanawia co znaczyły dla nas, bo nas już nie ma. Przedmioty straciły swoje znaczenie, niespodziewanie, w jednym przypadkowym momencie.

Być może tak myślała Anastazja wbiegając po schodach tamtego dnia. Czterdziestoletnia właścicielka galerii sztuki i wzięta malarka spieszyła się bardzo do domu, chociaż nie wiedziała dlaczego. Nie znała przyczyny nagłej luki w pamięci, w którą wpadło kilka ostatnich dni. Bardzo się starała, nie mogła ich jednak odnaleźć. Zatrzymała się przed drzwiami własnego mieszkania. Chciała sięgnąć po klucz do torebki, ale zorientowała się, że jej nie ma. Zgubiłam torebkę! Klucze i wszystkie dokumenty przepadły. Będę musiała zmienić zamek. Ale jak to się mogło stać? Gdzie ja byłam? Nie pozostawało nic innego jak zapukać i mieć nadzieję, że ktoś jest w domu i otworzy drzwi. Która to może być godzina? Chciała sprawdzić, ale ktoś ukradł jej również zegarek.
Aby jakoś rozładować narastającą w niej złość na samą siebie z całych sił zapukała w drzwi. Jakież było jej zdziwienie, kiedy , spodziewając się przeraźliwego odgłosu walenia w drzwi, nie usłyszała nic, tylko poczuła jak błyskawicznie i bezszelestnie przepłynęła przez zamknięte drzwi i wylądowała na dywaniku w przedpokoju.

sobota, 16 lipca 2011

"Stare, dobre małżeństwo" - fragmenty, czyli lektura na lato :))


   Ponieważ jestem kobietą pracującą i żadnej pracy się nie boję, brakuje mi czasu na przyjemności. Nie wyrabiam na zakrętach :)
Dlatego dzisiaj, zamiast notki, wstawiam coś do poczytania na letnie popołudnie :)
To jest fragment większej całości, która nie wiadomo kiedy dorośnie do właściwych rozmiarów.                                         

  Można zjeść z drugim człowiekiem setki śniadań, zrobić tysiące kanapek i pewnego dnia go nie poznać. Można patrzeć na niego i zastanawiać się: kim jest ten człowiek po drugiej stronie stołu? Co on tu robi? Dlaczego właśnie z nim jem codziennie śniadanie? Przez wiele lat wtapia się w tło, pasuje i nagle zgrzyt. Patrzysz i wiesz, że nie pasuje, gryzie się z kolorem zasłon, jest zbędnym elementem układanki, przeszkodą na torach twojego życia. I już wiesz, że musisz go po prostu przejechać, aby żyć dalej.

niedziela, 27 marca 2011

Ze starego zeszytu. Takie tam, wiosenne wykopaliska:)

Któregoś dnia pani B. wyszła z domu i już nie wróciła. Dom czeka, nieruchomy, milczący. W powietrzu unosi się jeszcze zapach perfum pani B. Zapach wczorajszej kawy. W szafie wiszą wyprasowane suknie i czekają na swoje wielkie wyjście. Ranne pantofle zachowały jeszcze resztki wczorajszego ciepła. Niedomknięte okno oddycha, nieśmiało poruszając firanką.
I nagle szczęk kluczy w zamku, odgłos kroków. Czarne buciki zostawiają ślady błota na jasnym parkiecie. Podchodzą do szafy. Obce ręce szarpią z wieszaków suknię za suknią i upychają w czarnym worku na śmieci. Hałas buciorów na podłodze, smród papierosów, głośne pokrzykiwania. Mocne ręce chwytają szafę i podrywają ją do góry, wyrywają z własnego, rodzinnego kąta. Nie! Co powie pani B gdy po powrocie nie zastanie szafy?! Otwarte drzwi rzucają ostatnie spojrzenie znikającej na zakręcie schodów szafie, która po potężnym kopnięciu ciężkim buciorem potoczyła się w dół po betonowych schodach, boleśnie raniących jej boki. Otwarte drzwi wypatrują pani B, starają się wychwycić znajomy głos, znajomy dotyk na klamce. Ściany stoją jeszcze niewzruszone na straży zrujnowanego świata pani B, ale już wiedzą, że ten świat przestał istnieć. Pani B nie powróci.