czwartek, 25 marca 2010

Interesuje mnie tylko życie...


Jestem chora.
Po dłuższej remisji choroba przypomniała sobie o mnie.
Tylko dlaczego na wiosnę?
Chyba kupię sobie kalendarz z modelkami na trumnach.
A swoją drogą to trzeba mieć zwichniętą psychikę, żeby wpaść na pomysł takiego kalendarza. Reklama? Komu trumienkę, komu!
Gdzie taki kalendarz powiesić? W sypialni? Wstając rano zerkam na trumnę i od razu chce mi się żyć?
Czy ta roznegliżowana pani siedząca okrakiem na trumnie oswaja śmierć?
Ja tam nie mam zamiaru śmierci oswajać, nie chcę, żeby plątała się w pobliżu.
Kiedy przyjdzie to może nawet nie otworzę jej drzwi?
Jak chce, niech wejdzie kominem. I przeciśnie się przez piecyk gazowy. :)

wtorek, 23 marca 2010

Na kogo wypadnie....na tego bęc ! :))


Dzisiaj będzie o zdradzie. Nie dlatego bynajmniej, że dotknęła ona mnie. Jeszcze nie. Przynajmniej nic o tym nie wiem :) I dobrze. Wiedza taka nie jest mi do niczego potrzebna . A do szczęścia tym bardziej.
Wiem, że ludzie zdradzają. Ideały, tajemnice, ojczyznę. I siebie nawzajem.
Widocznie zdrada jest wpisana w naturę ludzką.
Jest wszechobecna i naturalna.
No bo jak mam inaczej myśleć po tym co dzisiaj przypadkiem odkryłam w sieci.
Oczom własnym nie wierzyłam!
Otwieram stronkę a tam wielkimi literami:
"ZDRADA Portal ludzi zdradzonych!"
Ło matko! Czego tam ludzie nie wypisują!
Ja wiem, że zdrada boli, niszczy...chociaż mnie osobiście by wkurzyła.
Wiem, że tu nie ma się z czego śmiać, temat jest poważny,zwłaszcza, albo przede wszystkim, dla zainteresowanych, ale jak zachować powagę kiedy widzi się takie oto linki na tym portalu:
wasze zdrady
dodaj zdradę
muzyka dla zdradzonych
filmy o zdradzie
komentowane zdrady

Nie zabrakło tu również niezbędnych wzorów dokumentów, jak pozew o rozwód itp.
Aha, i jeszcze galeria zdjęć. Przypuszczam, że ludzi zdradzonych, a może jednak dokumentujących zdradę :)
No nie wiem czy to jest dobry pomysł pokazywać się publicznie jako osoba zdradzona. Jaka by nie była przyczyna i prawda o zdradzie to chwalić się nie ma czym. Tak myślę.
Wiem, że zdrada dobrze się sprzedaje w każdym przypadku, czy to w świecie gwiazd filmowych, czy zwykłych śmiertelników.
Wydaje mi się, że jednak nie wszystko jest na sprzedaż.
A portal akurat tak!! Są chętni?

poniedziałek, 22 marca 2010

Oblicza starości


W telewizji, w reklamach, w kolorowych czasopismach widzę kobiety idealne. Młode, piękne, szczupłe, o pięknych włosach i zębach. Z gładkimi porcelanowymi twarzami bez jednej zmarszczki.
Widzę to, co nie istnieje.
Prawdziwe kobiety wyglądają inaczej. Widzę je na ulicy, w sklepie, w pracy. I widzę jeszcze to czego nie zobaczę na wygładzonych fotografiach w drogich magazynach dla pań.
Widzę stare, zmęczone, samotne kobiety.
Starość starości nie równa. Różni ludzie, różne losy, różne środowiska.
Starość ma wiele twarzy.
Widzę starsze, eleganckie małżeństwo. Oboje w kapeluszach i wytwornych płaszczach. Idą wolno, uśmiechają się. Czy to jest tylko spacer? A może idą coś załatwić? Może wybrali się z wizytą do wnuków? Wyglądają na szczęśliwych. Trudno przypuszczać, że udają.
Tutaj idzie samotna starsza pani, przygarbiona, patrzy w ziemię. Ubrana w lichy płaszczyk i wygodne, tanie buty, które służą jej już zapewne od wielu lat. Zastanawiam się czy żyje samotnie, czy tylko wyszła do sklepu po cukierki dla wnuczków. Wygląda na osobę, której z renty zostaje niewiele na drobne przyjemności.
Emeryci wyjeżdżający w podróż dookoła świata są w naszym kraju jak Yeti. Wszyscy o nich słyszeli, ale nikt jeszcze nie widział.
Wiele zmęczonych życiem i pracą kobiet czeka na emeryturę jak na zbawienie. Ale czy słusznie? Wtedy, kiedy możemy spokojnie odpocząć po trudach życia, wychowywania dzieci, dbania o dom i męża, dostajemy w nagrodę smutną wegetację, biedę, głód, poniżenie.
I wędrujemy tak przez starość, w tym nędznym, podszytym wiatrem starym paletku, wyliczamy ostatnie grosze na pasztetkę do czerstwego chleba i chowamy się w domu przed światem. Przed światem w którym króluje młodość. Młodość, która przecież bardzo szybko przemija.
Dzisiaj zauważyłam, idącą po drugiej stronie ulicy, istotę ludzką.
W jakim była wieku? Trudno powiedzieć. Mogła mieć osiemdziesiąt lat, jak i pięćdziesiąt.
Pomarszczona, pociemniała twarz schowana pod wełnianą czapką nieokreślonego koloru. Spod grubej, brudnej, wystrzępionej kurtki wyglądała długa spódnica i kilka warstw swetrów. Istota człapała w ciężkich, czarnych, podartych buciorach. Z pewnością były za duże, bo z trudem je przesuwała po chodniku. W ręku niosła kilka wypchanych toreb foliowych z jaskrawymi reklamami luksusowych przedmiotów. Co w nich było? Nie wiem.
Być może to był cały jej dobytek.
Tylko tyle ofiarował jej los.
W jaskrawym, wiosennym słońcu wyglądała jak wyrzut sumienia ludzkości.
Ciemna plama bez twarzy na jasnym płótnie życia. Życia, które przywłaszczyła sobie wszechobecna młodość.
Starość starości nie równa.
Nie wiadomo jaka jest nam pisana.
Ale, że pisana to pewne.

niedziela, 21 marca 2010

I co z tego, że wiosna?


Snuję się dzisiaj po chałupie i wszystko mnie denerwuje.
Ciasnota, bałagan. Nie wiem jak ludzie sprzątają, że mają potem porządek? U mnie nawet po największym i najdłuższym sprzątaniu wszystko wraca do stanu pierwotnego w mgnieniu oka. Cały dom żyje własnym życiem, przedmioty przemieszczają się według własnego uznania. A wydawało mi się, że w moim domu to ja rządzę.
Marzy mi się mały domek, wśród drzew i kwiatów, z tarasem, werandą i takimi tam...
Marzyć to ja sobie mogę. Ewentualnie czekać na cud.
Nie mam pomysłu na dalsze życie. Jakieś sugestie? :)

środa, 17 marca 2010

Taka stara historia... z Lodzią w tle:)


W sobotę z wizytą wpadli Dziunia z Adasiem, a że to była wizyta niezobowiązująca, przyprowadzili ze sobą swoje genialne dzieci. Dziesięcio i dwunastoletnie.
Madame właśnie zaczynała sprzątanie. Nawet jeżeli by je kończyła, dom wyglądałby jak po tornadzie. Ja sprzątam bardzo twórczo i oryginalnie.
Do warkotu odkurzacza w pewnym momencie przyłączył się dźwięk dzwonka u drzwi : ding, dong. Początkowo myślałam, że to silnik w odkurzaczu odmówił posłuszeństwa i daje znaki ostrzegawcze, ale po chwili zorientowałam się, że to jacyś goście przyszli sprawdzić czy ja się przypadkiem nie obijam w sobotę. Otóż nie, moi drodzy goście. Możecie zresztą sami sprawdzić. I otworzyłam drzwi.
A tam cała wesoła gromadka Adasiów. Ach, co za niespodzianka, co za radość! No, bo cóż innego mogłam powiedzieć? Zadowoleni wleźli do przedpokoju.
Ślicznie wyglądasz! – zawołał Adaś- w ogóle nie widać po tobie zmęczenia, jak ty to robisz? Musisz dać przepis mojej Dziuni!
Po tobie głupoty też nie widać- już miałam tak powiedzieć, ale przecież nie wypada. Powiedziałam więc: miły jesteś. A co mi tam, niech mu będzie, że jest miły, niech się chłopina ucieszy.
Ślubny zapiął właśnie ostatnią żabkę na firance i zlazł ze stołka.
Mam właśnie pierwszą wolna sobotę od miesiąca – powiedział do Adasia .
Wiem, wiem! – zawołał rozradowany nie wiadomo czym Adaś- wiem, Lodzia mi powiedziała, że masz dziś wolne.
LODZIA!!! Co za Lodzia?! Dlaczego jakaś Lodzia jest tak dobrze zorientowana w dyżurach mojego męża? No, nie. Tę sprawę to trzeba będzie zbadać dogłębnie!
Dzieci przez jakieś dziesięć minut siedziały cichutko na sofie. Jedenaście minut to już dla nich wieczność. Wstały i pobiegły do przedpokoju a potem do kuchni. Wróciły prędziutko i z wypiekami na twarzach zapytały: ciociu, czy to ciasto w kuchni będzie ci potrzebne? Odpowiedziałam, że trochę tak, ale dwa kawałki są zupełnie zbędne i mogą ulec zagładzie. Wróciły pałaszując ciasto. Nie jestem pewna czy to rzeczywiście było tylko po jednym kawałku. Ale co tam, Dziunia może zjeść mniej, przecież podobno się odchudza.
Ciociu czy te pudła są potrzebne?- to znowu dzieci. Oczywiście, że są. A dlaczego pytacie? Pobawimy się w wojnę, to będzie forteca! Nie będziemy jej wysadzać w powietrze, jeżeli jest ci potrzebna. Jak miło z waszej strony – zauważyłam.
Kiedy niosłam na tacy cenne filiżanki ( nie dlatego, że są z cennej porcelany, tylko dlatego, że innych nie mamy), z wrzaskiem przeleciał koło mnie młodszy wojak. Mamooooo!! Ja nie chcę być Niemcem! Dlaczego on zawsze każe mi być Niemcem!
A kim chcesz być? – pyta Dziunia. Japońcem! – odpowiada malec, a najlepiej to indiańcem!
Głupek! – słychać krzyk starszej pociechy- przecież Indianie nie walczyli w Polsce! A skąd wiesz!? – drze się młodszy- może jakiś walczył!!!
Postawiłam uratowane cudem filiżanki na stoliku i wreszcie usiadłam, aby rozpocząć miłą pogawędkę z moimi gośćmi kiedy pociechy, już pogodzone wróciły z wojny z „indiańcami” i stanąwszy przede mną na baczność spytały: ciociu, możemy pooglądać filmy?
Malcy pobiegli do telewizora i wyrywając sobie z rąk moje kochane płyty z filmami, krzyczeli: ja! Ty nie umiesz, zepsujesz! Ja tego nie chcę, chcę to! Mamooooo!! A możemy pograć na komputerze!? Hurra! Rzucili się w stronę mojego sprzętu, bez którego nie mogę ani żyć ani pracować. Boże, ratuj mój komputer!
Panowie w tym czasie spokojnie sobie rozmawiali. Wywiązała się naukowa dyskusja o najnowszych metodach diagnostyki, czy też operacji niewydolności krążenia jeżeli dobrze zrozumiałam i usłyszałam w czasie tych wichrów wojny wywołanej przez pociechy Adaśka. Dyskusja była tak zażarta, że niewiele brakowało a wypróbowaliby w praktyce na mnie te nowe metody.
Dziunia zaczęła coś przebąkiwać o objawach klimakterium, o lekach jakie jej przepisuje Adaś. Nawet przez chwilę pomyślałam sobie, że Adaś pewnie przepisuje jej coś co pogłębia jej klimakterium, bo wyglądała tak jakby jakiś kosmita wyssał z niej młodość przez któryś z naturalnych otworów, i pozostała pomarszczona powłoka, niedbale rzucona teraz na jeden z moich foteli. Okropna jestem! Ale Dziunia bardzo ciężko przechodzi klimakterium, psychicznie i fizycznie a przy tym jeszcze dwoje małych dzieci. Jako żona ginekologa powinna według mnie być w lepszej formie.
Najlepiej w formie do pasztetu - stwierdził, już po wyjściu gości, małżonek.
Niech nie będzie taki dowcipny! Sprawa Lodzi nie została jeszcze wyjaśniona :)

poniedziałek, 15 marca 2010

Odrobina radości w poniedziałek...



Nie lubię poniedziałków! Istny dzień świra !
Po pierwsze, nie zgadzam się na takie śnieżne krajobrazy w marcu. Nie zgadzam sie na kilometrowe kolejki w ZUS. Ja wiem, że jest 15 dzień miesiąca i wszyscy pracodawcy jak jeden mąż zasuwają z deklaracjami. Wiem, że mogłam zanieść wcześniej. I co z tego? I tak sie nie zgadzam.
Po wizycie wnuków mam cały dom poprzestawiany do góry nogami. Nie mogę niczego znaleźć i nie wiem od czego zacząć sprzątanie. Najczęściej zaczynam od odpoczynku :)
Po wizycie córki odkrywam znaczące braki w mojej garderobie. Dzisiaj również ubyło co nieco. Ale co tam! Mam przynajmniej miejsce na nowe zdobycze zakupowego szaleństwa.
Wizyty dzieci najbardziej odczuwa mój portfel. Chudnie w oczach. Wydrapią nawet bardzo głęboko schowane zaskórniaki! Nawet te, o których zapomniałam :)
Ostatnio spora część mojej gotówki zamieniła sie w wypasiony fotelik samochodowy dla wnusi. Dziecko wyrosło z poprzedniego i nie mogło babci odwiedzać.
Kupisz mamusiu? - Oczywiście! Właśnie się zastanawiałam co zrobić z taką górą pieniędzy:)
Ale tylko ja wiem, że konto mam już puste i w ruch poszła karta kredytowa. Ale co tam! Na kredyt też można żyć. Ważne, żeby żyć. A ja czuję, że żyję tylko wtedy, kiedy widzę radość w oczach moich najbliższych.
Nawet w taki zawiany śniegiem marcowy poniedziałek.


niedziela, 14 marca 2010

Taki tam bełkot...


Bloger to ma ciężkie życie. Blogerka też :)
Wystarczy kilka dni przerwy i statystyki lecą na łeb na szyję.
Bloger bardzo szybko popada w zapomnienie. Jest tylko wirtualnym bytem. I nie ma znaczenia kim jest w rzeczywistości, co robi, co przeżywa. Liczy się tylko to co tu i teraz. Na blogu. A tu trzeba bywać często. Codziennie przygotować pyszne danie i rzucić na pożarcie wygłodniałym sensacji blogerom. Trzeba być zawsze krok do przodu. Trzeba czuwać dzień i noc. Myśleć, kombinować, prowokować. Błysnąć inteligencją, plunąć jadem, zaskoczyć dowcipem.
Zauważyłam ostatnio na jednym z blogów , że wystarczy obrazić swoich czytelników a ilość komentarzy rośnie w zastraszającym tempie. I o dziwo! Nie obrażają się, a powinni. Dlaczego? Może jednak możliwość komentowania w tak zacnym towarzystwie rekompensuje poczucie poniżenia tekstami. Dla mnie dziw nad dziwy.
A ja nie mam pomysłu na bloga.
A ja nie mam czasu na bloga.
A ja nawet nie wiem czy mam ochotę na jego prowadzenie.
Wiem, że nic nie wiem.
Czyli idealny ze mnie materiał na blogera:)

piątek, 5 marca 2010

Ząb teściowej .


Dzisiaj Dzień Teściowej! Coś takiego!
Dostałam życzenia od zięcia. Mailem. Czyli z bezpiecznej odległości :) Ale najciekawsze jest to, że był u mnie dzisiaj przed południem i nawet zostawił dziecko na przechowanie. No chyba, że to było w ramach prezentu.
Prezent mnie trochę wykończył. Chodzi już i wyciąga łapki po wszystko co znajdzie się w ich zasięgu. A robi to z prędkością światła. Nagimnastykowałam się dziś za wszystkie czasy. I to z bolącym zębem. Bardzo dzisiaj zazdroszczę wszystkim babciom, które mają sztuczne zęby. Może to nie to co własne, ale przynajmniej nie bolą!
A tak nawiasem mówiąc, to dzisiaj jest podobno Dzień Dentysty.
Tylko skąd o tym wie mój ząb?

czwartek, 4 marca 2010

Zwierciadło czasu.


Często przeglądam się w lustrze. Nie jest to bynajmniej spoglądanie typu: "lustereczko powiedz przecie...", nie, aż taka próżna nie jestem. Zwierciadła o takie rzeczy pytać nie muszę. Sama wiem :)
Przeglądam się przy okazji twórczego makijażu, układania włosów czyli tworzenia artystycznego nieładu na głowie, przy sprawdzaniu, czy aby ubranko leży jak ulał.
Spoglądam w lustro przy zwykłym, codziennym, prozaicznym sprzątaniu. Ktoś czasami musi to lustro umyć. Przy takiej okazji trudno nie zerknąć na osobę po drugiej stronie lustra. Widzę ją codziennie, rano i wieczorem, piękną i zmęczoną. Przyzwyczaiłam się do niej i nie zauważam śladów upływającego czasu na jej twarzy.
Tylko czasami wydaje mi się, że światło pada niezbyt korzystnie i pewnie dlatego ten owal twarzy taki jakiś mało owalny...i tak ogólnie jakoś dziwnie obca się sobie wydaje.
Tak, zdecydowanie to wina oświetlenia. Muszę przewiesić to lustro.
Napomknęłam nieśmiało o tym ślubnemu. O dziwo poparł mój pomysł!
- stanowczo radzę powiesić lustro gdzie indziej. Najlepiej w piwnicy....
Przeczuwał jednak, że ten pomysł nie spotka się z moją aprobatą, bo szybko schował się do łazienki :)
A ja boję się tej chwili, w której po raz pierwszy spoglądając w lustro zobaczę w nim twarz starej kobiety. I to nie będzie stara Alicja. To będę ja.

poniedziałek, 1 marca 2010

Czasem trzeba iść pod wiatr...


Skończyłam bilans!
Obliczyłam, uzgodniłam, przeanalizowałam. We wszystkie strony i na ukos :))
Ciężko było. A to za sprawą osoby, która prowadziła tę dokumentację. Wszystko spieprzone dokumentnie. Co ja się musiałam namęczyć, aby dojść do jakiego takiego ładu i zrozumieć o co tu w ogóle chodzi.
Ale dość! Dalej tak nie może być. Właśnie jestem na etapie przygotowywania zemsty. Poważnie!
Nie lubię tej baby, która zresztą robi wszystko aby ta sytuacja nie uległa zmianie. Nie to nie.
Nareszcie mogę odetchnąć i odpocząć. Jest mi dobrze i lekko. Nawet bardzo lekko jak zauważyłam zaraz po wyjściu z domu. Wicher chciał mnie porwać! Ledwo się utrzymałam na moich obcasach.
Gnana wiatrem pozałatwiałam sprawy. Gorzej było z powrotem pod wiatr. Moja piękna, duża, czarno czerwona torba wystąpiła dzisiaj w roli żagla i chciała mnie sprowadzić na manowce. Czyli w pobliskie krzaki. Z nosem przy ziemi, wymachując rękami i zapierając się obcasami dotarłam wreszcie do domu. I dzisiaj już nigdzie nie wychodzę! Nawet gdyby rozdawali za darmo kolekcje Diora. Chociaż...gdyby za darmo...:))

źródło obrazka

sobota, 27 lutego 2010

Kłopoty to moja specjalność :))


Różne przyziemne problemy nie są mi wcale obce.
Zauważam nawet ostatnio, że coraz bardziej się z nimi zaprzyjaźniam. Początkowo wpadały do mnie z rzadka, jakby od niechcenia, i szybko odchodziły. Z czasem odwiedzały częściej i zostawały na dłużej. Teraz niektóre z nich zamieszkały już na stałe.
W związku z tym zajęta jestem całe dnie. Kłopoty są takie wredne, że nie dają mi spokoju. Stale przypominają o swoim istnieniu.
Bardzo mi się nie podobają ci niechciani lokatorzy.
A jak mi się ktoś nie podoba, nie utrzymuję z nim kontaktów..
Pracuję więc bardzo pilnie nad rozluźnieniem naszych więzów.
Rozerwać łańcuchy czas!!
A tego czasu ciągle brakuje.
Ale ja znam złodzieja, który kradnie mi czas. Właśnie teraz mnie okrada:))
Nie dajmy się więc zwariować.
Nie można żyć tylko światem wirtualnym, światem, który tak naprawdę nie istnieje. Istnieje tylko jego obraz stworzony przez naszą wyobraźnie i wyobraźnię innych uczestników tej zabawy. A żadnej zabawy nie można traktować nazbyt serio.
Dlatego nie zapominajmy o swoim życiu, którego nie można zamknąć jednym kliknięciem.
Starajmy się, aby po wyłączeniu komputera nie okazało się, że jesteśmy całkiem sami, że ludzie, których problemami żyliśmy, nagle zniknęli i pozostał pusty, czarny ekran monitora.
Świat blogów jest światem cudownym, istnieją w nim prawdziwi, cudowni ludzie. Pisanie i rozmowy dają nam wiele radości, rozwijają nas, uczą.
I to jest wspaniałe.
Pamiętajmy jednak, że ten świat, mimo pozornej bliskości, jest bardzo daleko a to co najważniejsze jest obok nas. I o to przede wszystkim musimy dbać i pielęgnować swój własny prywatny świat.
Czego sobie i Wam życzę.
Miłej niedzieli :-)

poniedziałek, 22 lutego 2010

Radość o poranku :)


Ja tego mojego chłopa to normalnie zamorduję!
Jestem zła, wściekła, obrażona i co tylko...
Może i jestem blondynką, ale żeby tak się dać nabrać! Uwierzyć na słowo! Nie sprawdzić samej!
Dzisiaj zagościła w moim świecie wiosna. Śnieg topnieje na potęgę, ptaszki śpiewają, słonko świeci. Stwierdziłam więc, że najwyższa pora zaprowadzić samochodzik do mechanika. Zrealizowanie tego planu poleciłam ślubnemu. Zgodził się bez zbędnego narzekania. Wrócił po dwóch godzinach i od progu woła:
- wyobraź sobie...
- nie da się naprawić? - ja na to.
- eee.. nie o to chodzi....
- naprawa będzie bardzo droga? Wiedziałam!!
- dajże mi w końcu dojść do słowa ! Wyobraź sobie, że samochód jest dobry! Chłodnica cała, silnik sprawny i nawet zapalił za pierwszym razem.
Stoi i uśmiecha się głupio.
No i wygarnęłam mu ! Za moje kilometrowe wędrówki w śniegu, zamieci, deszczu. Za moje zniszczone buty, za moje zmęczenie i wieczne spóźnienia!
Wzruszył tylko ramionami. Stwierdził, że według praw fizyki chłodnica powinna pęknąć.
A w ogóle to przecież powinnam się cieszyć, że samochód jest sprawny.
I jeszcze na spacerek sobie pojechał! Sam!
No nie zamordować? :))

piątek, 19 lutego 2010

Czasem słońce, czasem deszcz...



Leń ma się dobrze. Nie opuszcza mnie nawet na chwilę. Wierny jak pies.
Samopoczucie w związku z tym pod psem.
Dużo pracuję i czuję ogromne zmęczenie. Zmęczona jestem stale od rana do wieczora. Zmęczona wstaję rano i zmęczona kładę się spać. Nie może mnie obudzić nawet to piękne słońce, które towarzyszy mi w drodze do pracy.
Co robi prawdziwa kobieta w takiej sytuacji? Kupuje nowe buty z delikatnej mięciutkiej skórki, śliczne i drogie. Poczułam się trochę lepiej. Nie na tyle jednak aby wróciła chęć do życia i działania.
Co jeszcze jest niezbędne każdej kobiecie? Tusz do rzęs ! O tak, teraz znacznie lepiej się czuje. Z rozpędu kupiłam jeszcze krem przeciwzmarszczkowy z wypełniaczem tkankowym i limfomodeliną – cokolwiek to znaczy. I jeszcze nową parasolkę......zapowiadają deszcze.
Leniowi się spodobałam i postanowił zostać ze mną na dłużej.
Matko kochana ! Jak zmusić swój mózg do pracy?
Chyba kupię jeszcze nowy kapelusz....
....a może powinnam jeść więcej orzechów? Podobno odżywiają mózg. Myślę, że go posiadam. Jednak myślę.... Obecność mózgu jest więc pewnikiem. Jego stan natomiast jest wielką niewiadomą....
Poza tym jestem szczęśliwa....
Przed czekającym mnie tygodniem ciężkiej pracy, podarowałam sobie dzień całkowitego odpoczynku i wyciszenia.
W związku z tym, że nie muszę nigdzie wychodzić, odzienie mogę mieć na sobie nader swobodne. Nawet całkowity jego brak byłby dopuszczalny. Naga mogę być również na twarzy. Zero makijażu. Może jakaś maseczka? Wieczorem galaretka kolagenowa, która czeka w lodówce w termosiku styropianowym i jakoś nie może doczekać się intymnego kontaktu z zagrożonymi miejscami na mojej twarzy.
Siedzę wtulona w miękki fotel. Jesteśmy sami – ja i moje myśli. Dobre myśli.
Za oknem deszcz, a w moim świecie spokojnie, cieplutko i przytulnie.
Układam myśli i uczucia. Czas płynie powoli i cichutko, aby nie spłoszyć tej chwili. Oddycham lekko i swobodnie. Odpływam w mój wewnętrzny świat, na chwilę, na dzień, dwa..... Zanim znowu upomną się o mnie szpilki i perfekcyjny makijaż.

środa, 17 lutego 2010

Nawet dla lenia czas nie stoi w miejscu...

Dopadł mnie leń. Gdyby nie rozgrzebany i wymagający jeszcze wiele pracy bilans, byłabym nawet zadowolona. Dobrze czasem poleniuchować. Nic nie planować, nie patrzeć stale na zegarek, nie spieszyć się, nie spóźniać, nie gonić uciekającego dnia. A na 12 centymetrowych obcasach nie jest to takie proste :)
Nawiązując do tych moich legendarnych już szpilek, spotkało mnie nie lada wyróżnienie i wielka radość. Dostałam prezent od Idy! Bardzo dziękuję:))
Oto on.

Przy okazji zamieszczam zdjęcie moich osobistych bucików, coby nie było że one tylko wirtualne są. Są całkiem rzeczywiste i nawet udaje mi się w nich przemieszczać z gracją.
No przecież nie są takie strasznie wysokie. Nieprawdaż?
;)

A teraz, niestety, muszę wracać do pracy. Wprawdzie podobno praca nie zając, ale urząd skarbowy pijawka i tylko czeka na moje opóźnienie;)
Miłego popołudnia życzę.

poniedziałek, 15 lutego 2010

A wystarczyło trochę pomyśleć :)


Jestem autorką świetnego przepisu pod tytułem: jak zepsuć samochód i w konsekwencji brnąć przez zaspy i pośniegową breję piechotką, dbając przy tym o kondycje fizyczną i ćwicząc mięśnie nóg. Jest to również doskonały test na wytrzymałość butów z koziej skórki.
Przepis jest dziecinnie prosty i nawet taka blondynka jak ja potrafi go zrozumieć. Wystarczy przy dużych mrozach zostawić wodę w chłodnicy...i już!

niedziela, 7 lutego 2010

Szok :)


Sześć miliardów ludzi na świecie...a wśród nich ja. Czas zmiata nas po kolei jak zwiędłe liście. Zatrzymałam na chwilę czas i wysiadłam.....i dogoniła mnie przeszłość.
Wychodziłam właśnie ze sklepu, a tu słyszę głos: to ty?!
Odwracam się, widzę starszą kobietę w obszernym płaszczu i z siwymi, skromnie przylizanymi włosami. Odpowiadam, że ja- no, bo ja to ja.
Słyszę odpowiedź: Ty mnie nie poznajesz? To ja, Krysia z ogólniaka, siedziałam z Haliną!
Przypominam sobie teraz. Była Krysia i Halina, ale wyglądały zupełnie inaczej. Były młode, piękne, z długimi włosami i w mini. Czy ja też jestem taką starą babą?! Usłyszałam na pocieszenie, że jestem jeszcze ładniejsza niż w liceum. Marne pocieszenie. Mam na karku ponad trzydzieści lat więcej. Dźwigam je jednak wyprostowana i na wysokich obcasach.
Tylko czasem...kiedy spotykam koleżanki z młodości.....

czwartek, 4 lutego 2010

Nie ma jak u babci...




Czuję się dzisiaj jak wyjęta z miksera. Kiedy zerkam kątem oka w lustro, to widzę, że i wyglądam podobnie.
Nie mam nawet siły klikać :)
A wszystkiemu winna rodzinka.
W moim małym mieszkanku kręciło się dzisiaj, rozmawiało, szykowało herbaty i kawy tudzież zupki i soczki dla dziecka osiem osób! Córka, zięć, troje dzieci, syn i moja osobista kula u nogi. O mało nie zostałam rozdeptana :)
Przez kilka godzin było trochę luźniej, bo zostawiono mnie samą na pastwę trójki dzieci.
Nie wiem dlaczego cały czas wydawało mi się, że dzieci jest co najmniej dziesięcioro?
Padam na nos, bolą mnie wszystkie mięśnie i mam chrypkę od upominania, przypominania, tłumaczenia, wyjaśniania, opowiadania, odpowiadania na pytania, czytania. Dobrze, że słowa, które czasami cisnęły mi się na usta nie zostały wypowiedziane.;)
Zostawiam kilka, pstrykniętych dzisiaj telefonem, zdjęć wnusi... i zmykam zalegnąć przed telewizorem, bo jedynie oczami jestem w stanie jeszcze jako tako ruszać.
Dobranoc :)





środa, 3 lutego 2010

Za młoda na sen, za stara na grzech...nic, tylko sie upić :)


Świat mój zawieszony ostatnio między niebem a ziemią. Czas mnie unosi. Każdego ranka budzi mnie przyszłość, która nie wiadomo kiedy staje się przeszłością. Teraźniejszość jest tak krótka, że nie nadążam jej przeżyć.
Rzeczywistość wokół mnie odbita w krzywym zwierciadle. Pokazuje swoją absurdalną stronę. Krążę jak we śnie i drogi znaleźć nie umiem. Zrozumieć nie potrafię. Obudzić się nie mogę.
Każdego ranka ubieram się, zakładam szpilki, rzęsy stawiam na baczność, wychodzę z domu i już nad niczym nie panuję.
Coś załatwiam, gdzieś jeżdżę, wracam, spóźniam się, biegnę. Ktoś ma do mnie pretensje, ktoś czeka na mnie, ktoś prosi o pomoc. Ktoś, gdzieś. Najczęściej wszyscy w tym samym czasie. Najczęściej nie wiem co zrobić, nie wiem kiedy i jak. Najczęściej nie mam siły i jestem zmęczona, bezradna.
A sumienie uwiera jak odcisk.
Jest jak jest, a nie jest jak być powinno.
Może to wymagania rosną wraz z wiekiem?
Życie moje wypełnia praca i kłopoty. I właśnie to wypełnienie chciałabym zmienić.
Przenicować moje życie jak starą jesionkę.
Mam apetyt na inne życie. Myślę, że to już najwyższy czas na spełnienia chociaż jednego, małego marzenia. Nie jestem tylko pewna, które by to miało być. Wydawałoby się, że mam wiele marzeń, ale jak się tak nad tym zastanawiam, to żadnego nie potrafię ubrać w realne kształty.
Może na tym polegają marzenia?

poniedziałek, 1 lutego 2010

O tym jak madame frunęła w powietrzu z jamnikiem pod pachą...


Kilka lat temu madame posiadała psa, jamnika czarnego, podpalanego. Tak prawdę powiedziawszy to jamnik posiadał madame, to on był panem domu, decydował kto może przychodzić, kogo należy podgryźć nieco a kogo zalizać na śmierć.
Pies jak to pies, potrzeby fizjologiczne posiada, a załatwia je tylko i wyłącznie tam gdzie on uzna za stosowne. Nie sposób go przekonać, żeby zmienił zdanie. Zaprze się i można mu głowę urwać a nie ruszy się. Jamniki to cudowna rasa!
Tak więc pewnego dnia, wiosennego jak pomnę, madame wybrała się na przymusowy spacer z Panem Jamnikiem. Mieszkała wtedy na czwartym piętrze bez windy, a jak wiadomo jamniki nie powinny chodzić po schodach. Madame brała więc psiaka pod pachę i pokonywała te cztery piętra w dół i w górę. Była już na półpiętrze, między piętrem trzecim a drugim, ominęła sąsiadkę, która właśnie myła schody, zrobiła krok na pierwszy z dziewięciu schodków prowadzących w dół na piętro drugie i zawadziła obcasem o schodek.
Na filmach ludzie spadający ze schodów turlają się, koziołkują i wygląda to nie tylko groźnie ale i malowniczo. W rzeczywistości takie spadanie wygląda nieco inaczej, przynajmniej w moim przypadku. Trzeba jednak przyznać, że jestem jedyna w swoim rodzaju. Po wspomnianym już potknięciu, madame przefrunęła w powietrzu nad wszystkimi dziewięcioma schodami, nawet ich nie dotykając i wylądowała jak długa na betonie drugiego piętra. Była jednak na tyle przytomna i trzeźwo myśląca, że w locie przełożyła psa z prawej ręki do lewej i w powietrzu obróciła się nieco na bok aby przy upadku nie przygnieść psa! Gdy działy się te akrobacje powietrzne madame, sąsiadka dalej chlapała schody brudną wodą, spokojna i niewzruszona. Leży madame na tej brudnej i zimnej posadzce i nie może ani ręką ani nogą. Zupełnie jak goście na imieninach u Melchiora Wańkowicza urżnięci na biedronkę. Czytaliście "Ziele na kraterze"? Polecam. Akurat przechodził sąsiad, przekroczył madame, uśmiechnął się i wszedł do swojego mieszkania. No, po prostu ubaw po pachy!
Zbierałam się z tej podłogi dobre piętnaście minut, pomalutku, po centymetrze do góry. Zdawało mi się, że mam połamane dosłownie wszystko jak leci. Najpierw usiadłam, potem powolutku na jedną nóżkę, potem na drugą i jakoś stanęłam na tych obolałych i trzęsących się nogach. A sąsiadka dalej spokojnie myła schody!
Kiedy już tak sobie chwilę postałam, otrzepałam eleganckie ubranko, wzięłam pieska na smycz i spokojnie z gracją i klasą poszliśmy sobie na spacerek. Rasowy pies z rasową madame.
Może później opiszę jak na bardzo ruchliwej drodze, pełnej wielkich pędzących samochodów przejechał mnie.......rowerzysta.
Wypadki chodzą po ludziach. A już po mnie w szczególności :)
Właśnie kupiłam nowe szpilki. Obcas ma 12 centymetrów!! Uczę się w nich chodzić.
Wolę nie myśleć co to będzie jak wyjdę w nich na ulicę. Wypadek gotowy :))

środa, 27 stycznia 2010

Chwila relaksu...czyli o tym jak madame próbowała latać na miotle.


Pewnej nocy madame poczuła się źle. Postanowiła wstać i podreptać do kuchni po szklankę mleka. Była w domu sama.
Madame nalała sobie mleczka do szklanki i rozpoczęła wędrówkę do sypialni. Przechodziła właśnie do przedpokoju, akurat w miejscu gdzie stały różne klamoty, drabina, miotły i mopy. ( niech tu postoją, schowam je później - powiedział M.) W tym właśnie momencie madame usłyszała w swojej głowie jakiś dziwny szum i ogarnęła ją słabość. Co było dalej nie pamięta.
Kiedy otworzyła oczy zobaczyła okno a za oknem drzewa. Była przekonana, że to okno sypialni. Popatrzyła na nie i chciała się przeciągnąć w łóżku, ale poczuła ostry ból. Wtedy dopiero zauważyła, że okno jest takie jakieś małe, jakby kuchenne a łóżko wyjątkowo twarde.
Okazało się, że madame leży na podłodze między kuchnią a przedpokojem, głowę ma w otwartej szafie, między nogami miotłę, a przykryta jest wielką, ciężką metalową drabiną. Pupę natomiast ma zanurzoną w kałuży rozlanego mleka. Wstać nie było łatwo. Nie można się ruszyć z bólu, a tu przecież trzeba podnieść drabinę. Jakoś udało się wydostać i położyć na łóżku. I to wszystko. Przewrócić się na drugi bok już nie dała rady.
Kiedy M. wrócił do domu zobaczył widok opłakany. Madame z rozbitą głową, z zaschniętymi stróżkami krwi na policzkach, jęcząca: zabiłam się!!. Jakoś udało się M. przetransportować mnie do lekarza.
Po prześwietleniu okazało się, że złamane są dwa żebra. Były również ogólne stłuczenia, podbite oko, rana na głowie, ogromny siniak na ramieniu. Biedny M. został posądzony o maltretowanie żony. Wszystkie maltretowane żony twierdzą, że spadły ze schodów!- powiedziała pielęgniarka. Wytłumaczyłam jej grzecznie, że miałam tylko awarię miotły. Jednym słowem wywołaliśmy wielką sensacje w rejonowej przychodni.
Na drugi dzień kupiliśmy wszystkie gazety w przekonaniu, że na pewno nas opisali. Niestety nie. A szkoda. Ale ja nie mogłam się ruszać przez miesiąc.
Spróbujcie kichnąć przy złamanych żebrach!!

wtorek, 26 stycznia 2010

Byle do emerytury :)



No cóż. Nie będę ukrywać faktu oczywistego, że pustkę literacką w głowie mam.
Przez wiele dni i wieczorów wirują mi przed oczami zastępy cyferek, które staram się jak mogę umieścić w ciasnych rubryczkach citów i pitów, zgrupować w aktywach i pasywach.
A rozbrykane towarzystwo niemiłosiernie! Zapanować nad nim nie jest sprawą łatwą. Przyjemnością tego również bym nie nazwała.
Znam wiele innych przyjemności, dużo bardziej pożądanych. Na przykład leżenie na kanapie w towarzystwie kolorowych, mięciutkich poduszek, z filiżanką pachnącej kawusi w łapce. Słuchanie muzyki, oglądanie filmów. Powiecie, że to nie są aż takie przyjemności? Może rzeczywiście nie o takie mi chodziło, ale są to jak na razie jedyne dostępne dla mnie.
Czytanie odpada. Oczy mam już tak zmęczone ślęczeniem przed monitorem, że bardziej udaję, że widzę, niż widzę cokolwiek rzeczywiście. Gdyby nie kropelki – sztuczne łzy – nie byłabym w stanie mrugać.
Oczywiście, że można jeszcze oczy zamknąć. Wtedy jednak uruchamiają się, uśpione chwilowo, myśli, wspomnienia, marzenia i różne tego typu duperele. Nie mam na nie teraz ochoty. Pewnie dlatego nie mogę w nocy spać. A głupie sny mnie nawiedzają, kiedy już na chwilę odlecę z objęć świadomości!
Takie idiotyczne miejsca odwiedzam, dziwnych ludzi spotykam i taki wir zdarzeń nie z tej ziemi mnie porywa, że budzę się z wielka ulgą i z radością zabieram się za księgowe zawiłości. Przynajmniej tu wszystko jest proste, logiczne i mądre. Pożyteczna i satysfakcjonująca praca. Satysfakcja nie jest jednak z tych , które przekładają się na zawartość portfela. Niestety. Nie przyciągam pieniędzy.
Za mało we mnie magnetyzmu, czy co?

czwartek, 21 stycznia 2010

Walka z wiatrakami :)

Cuda, dziwy na tym świecie! Doba mi się skurczyła!
Nie mogę wcisnąć w nią wszystkich zaplanowanych zajęć, a tym bardziej tych nieplanowanych, których dziwnym trafem przybywa.
Wszyscy mówią o globalnym ociepleniu, a nikt nie zauważył globalnego przyspieszenia czasu. Jak nic, przyspieszył. No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że obchodzę dzisiaj Dzień Babci? Ja? Jak to jest możliwe?!
Przecież jeszcze niedawno obchodziłam dzień dziecka! Potem Dzień Kobiet, Dzień Matki. Wreszcie i Dzień Babci mnie dopadł.
Teraz to już pozostał mi tylko Dzień Zmarłych.
Widocznie taka kolej rzeczy. Chętnie bym wysiadła, tylko nie wiem jak :))
Są jednak dobre strony faktu bycia babcią. Takie oto piękne laurki dostałam dzisiaj od moich wnuczków.






Z roku na rok moja kolekcja się powiększa. Żeby tylko ten czas trochę zwolnił...

piątek, 15 stycznia 2010

W krainie Królowej Śniegu.




Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Szczypie w nosy, szczypie w uszy
Mroźnym śniegiem w oczy prószy,
Wichrem w polu gna!
Nasza zima zła!

Pamiętacie ten wierszyk z dzieciństwa? A pamiętacie zimy z tamtych lat? Ja pamiętam.
Jak zima zaczęła się w listopadzie tak trzymała do marca. Przez całą zimę jeździłam na łyżwach koło domu, na ulicy. Nie było wtedy zwyczaju sypania jezdni solą. Leżał na niej ubity, biały śnieg. Samochodów było bardzo mało. Codziennym widokiem były sanie ciągnięte przez parę koni.Zwykle za takimi saniami ciągnął się łańcuszek dzieciaków na łyżwach. Pierwsze dziecko chwytało się sań, następne trzymały się za ręce i można było tak jechać i jechać, przez całą ulicę, trzęsąc się przy tym niemiłosiernie, ponieważ pod ubitym śniegiem były kocie łby. Czy ktoś jeszcze wie co to takiego?
Bałwan ulepiony na podwórku przed domem stał tam tygodniami, czasem aż do wiosny.
Mróz malował piękne kwiaty na szybach. Od lat takich nie widziałam.
Były zimy stulecia, był okropny mróz, zamarzały nam rury, nie było opału. Mnie,jako dziecku,jakoś to wcale nie przeszkadzało. Ale za to jaka przednia zabawa była w tunelach przekopanych w wysokim śniegu! Co znaczy zwykłe odśnieżenie ścieżki w porównaniu z przekopaniem się przez metrowe zaspy, aby w ogóle można było wyjść z domu i dotrzeć do ulicy!
W czasie takiej zimy stulecia, w 1978 roku urodziła się moja córka. Przebierałam ją i kąpałam w domu, w którym temperatura nie była wyższa niż 15 stopni, wychodziłam na spacery w czasie mrozów dochodzących do minus 28 stopni. Tak się zahartowała, że do tej pory nie choruje! Podobnie zresztą jak i ja, wychowana w tym samym ogromnym i zimnym domu.
Zimno konserwuje. Pewnie dlatego tak świetnie wyglądam.:-)) A twarz, od dziecka, myję tylko w zimnej wodzie. Polecam! Zmarszczki boją się zimna.
To co? Idziemy na spacer? Przecież my się zimy nie boimy!

wtorek, 12 stycznia 2010

Wieczne zmartwienie...

Dzisiaj z mojego portfela wymiotło 400 złotych.I to bynajmniej nie z powodu zawiei czy zamieci śnieżnej. Wielogodzinne przesiadywanie przed komputerem bardzo osłabiło mój wzrok.Choruję na jaskrę, mam zniszczone nerwy wzrokowe i w ogóle nie powinnam pracować, a tym bardziej jako główna księgowa. ZUS jednak był innego zdania. W ciągu kilku chwil pobytu na komisji lekarskiej zostałam całkowicie uzdrowiona! Cud po prostu :-)
Teraz jednak musiałam zainwestować w nowe okulary, aby jeszcze za parę lat zobaczyć w lustrze jak się starzeję.
Bardzo przygnębiona wracałam od optyka. Dlatego wstąpiłam do pierwszego lepszego sklepu z kosmetykami. W tym przypadku sklep okazał się tym lepszym. Ale nie jestem przecież drobiazgowa. Najtańsza pomadka kosztowała 40 złotych. Nabyłam. Co znaczy 40 złotych dla kogoś,kto lekką ręką daje na okulary 400 złotych?
Odbieram je w czwartek. Nareszcie będę mogła widzieć to co piszę :-)
Tak. Choroby chodzą po ludziach. Tylko dlaczego chodzą po dzieciach?
U mojego wnuczka przy okazji bilansu dziesięciolatka wykryto skoliozę.
Jestem załamana. Nie byliśmy z nim jeszcze u ortopedy, ale jestem już pełna obaw.
Obawiam się, że to jest dziedziczne. A jest przecież jeszcze dwoje dzieci, w tym roczna wnuczka!
Wiem co to za straszna choroba. U mojego zięcia wykryto ją w wieku dziecięcym i żadne ćwiczenia i rehabilitacja nic nie dały. W wieku 14 lat miał operację. Udała się, kręgosłup wyprostowano. Niestety wdało się jakieś zakażenie, z winy szpitala, i trzeba było usunąć metalowe części. W tej chwili boryka się z różnymi dolegliwościami związanymi z chorobą. Nie wspomnę już o wyglądzie.
Jeżeli jego małego synka czeka to samo? A co z wnuczką?
Moja córka wczoraj powiedziała, że dziecka nie zamieni na inne, nawet jeżeli będzie miało garba...
A życie, nie zważając na nic, toczy się dalej...

sobota, 9 stycznia 2010

Zaczęło się od zalewajki :)

Przy okazji prac wykopaliskowych w zapomnianej szafce natknęłam się na relikt z przeszłości. Stary, zakurzony zeszyt. Zaglądam ci ja do niego i oczom nie wierzę. Toż to powieść!Zupełnie już zapomniałam, że ja coś takiego dawno temu napisałam. Ależ ja miałam wyobraźnię! Teraz by mi się taka przydała. Bo ta moja dzisiejsza wyobraźnia jakaś taka stępiona, nie wiedzieć czemu. Pewnie dlatego, że dzisiaj już wiem co jest możliwe, a co nie.
Pisałam od zawsze. Pierwsze moje próby literackie to były wiersze. Pewnie na skutek lektury podsuwanej mi przez dziadka, profesora polonistę. Czytałam Słowackiego, Mickiewicza, Byrona.
Kiedy miałam może dziesięć lat napisałam wspólnie z bratem poemat o skwarku pływającym po złocistej zalewajce!
W późniejszych latach dziecięcych namiętnie pisywaliśmy kryminały. Zachowało się kilka."Brylantowa kolia", "Spotkanie pod kapliczką" Muszę uczciwie przyznać, że dzisiaj nie potrafiłabym tak pisać.
Następne w kolejności były "powieści" w stylu "Trędowatej" lub "Witaj smutku". Pisałam wtedy na akord, wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach. Styl, dialogi ( nauka dziadka!) doskonałe. Zdarzało mi się czytać książki na dużo gorszym poziomie.
A teraz? Męczę się nad jedna książką od dłuższego czasu. Pewnie to doświadczenie życiowe tak mnie ogranicza. Za dużo przeżyłam, za dużo przeczytałam i za bardzo boję się krytyki, o której dawniej nie miałam pojęcia i w ogóle się nią nie przejmowałam.
Może dzisiaj zrobić tak samo?

wtorek, 29 grudnia 2009

Sylwestrowe dylematy

Po świątecznym lenistwie wracam do codziennych obowiązków. Przyznam, że niechętnie. Pocieszam się tylko tym, że za dwa dni sylwester.
Tylko czy ja się słusznie cieszę? Na wielki bal się nie wybieram, prywatki emeryckiej w domu nie urządzam, nie znalazł się ani jeden samotny dziadek, który zaprosił by mnie na zabawę. Może to i lepiej, bo co to za zabawa z dziadkiem :-)
Syn wybiera się na kilka dni do Wiednia, córka spędzi ten dzień z dziećmi, były mąż jak zwykle opije się jeszcze z samego rana. Więcej kandydatów do towarzystwa jakoś nie widzę. Spędzę więc ten wyjątkowy wieczór sama. W domu.
Szkoda tylko, że nasza telewizja nie przewidziała programu dla takich dziwaków jak ja. Przecież nie będę słuchała zwariowanej ,tanecznej ,nowoczesnej muzyki przez kilka godzin, siedząc w fotelu. Zatańczyć mogę jedynie z miotłą.
Jakie to szczęście, że umiem czytać :-))
A czytać będę to:



Chociaż wolałabym...

sobota, 19 grudnia 2009

Straszne skutki sklerozy :-)

Skutki przepracowania nie dały długo na siebie czekać.Wśród niezliczonej ilości spraw na mojej głowie, wielkiej liczby informacji do zapamiętania, zapodziało mi się hasło do mojego bloga. Nie byłoby to jeszcze takie straszne. Zawsze można odzyskać. Pod warunkiem, że pamięta się login. A ja niestety zapomniałam i to!
Kto szuka, ten znajdzie. Znalazłam i ja. Ale co się naszukałam to moje :-))
Moje życie zmierza chyba w dobrym kierunku. Wiele krzywych spraw nagle i niespodziewanie wyprostowało się.
Spokój zagościł w moim sercu.
Boję się to nazwać szczęściem, żeby nie zapeszyć. Z wielką ulgą przyjęłam tę zmianę
Zmiany na lepsze przyjmuję z otwartymi ramionami, całą sobą.
Teraz już mogę cieszyć się nadchodzącymi świętami.
Wydaje mi się jednak, że sama radość tutaj nie wystarczy. Trzeba się ostro zabrać do roboty. Mieszkanko doprasza się świątecznego błysku. Lodówka niecierpliwie oczekuje na smakołyki. Tylko mój portfel udaje, że o niczym nie wie. Chudy jakiś.... Za to z przegródki uśmiecha się karta kredytowa. Ta to jest zawsze gotowa do pomocy! Trudno ją utrzymać w zamknięciu. Uwielbia zakupy. I to nas łączy....
Nadchodzi czas powrotu do krainy dzieciństwa i zapachów, które pamięta się przez całe życie.
Pierwszym zapachem, który zwiastował święta był zapach świerku, prawdziwej, żywej choinki.
Kupiona kilka dni przed świętami, stała w śniegu przed domem i czekała na swój wielki dzień, kiedy bogato przystrojona rozbłyśnie światłami na honorowym miejscu w salonie.
Szeroka, wysoka do sufitu, jasna, pachnąca i ciepła- dumna jak gospodyni tego jedynego wieczoru.
Kulminacyjnym momentem przygotowań do świąt, zwłaszcza dla dzieci, była chwila kiedy nareszcie ze strychu zniesione zostało wielkie pudło, zakurzone, oplecione pajęczynami, pełne tajemnic przeszłości.
Zamknięte w nim były wszystkie minione Święta Bożego Narodzenia.
Przywracaliśmy do życia ażurowe koszyczki z delikatnej bibułki, jabłuszka i gruszki sklejane z płatków cieniutkiej bibułki i z opłatków , pawie oczka z kolorowego papieru, gwiazdy, wisiorki z koralików słomki i bibułkowych kokardek, łańcuchy, jeżyki z wydmuszek- skarby gromadzone latami, efekt wielu pracowitych wieczorów spędzonych przy wycinaniu i sklejaniu tych cudeniek, na których pozostał ślad wielu kochanych dłoni, których już nie ma.
Dotykając tych zabawek łączymy się z nimi w ten wyjątkowy wieczór i magiczną noc, która jest ponadczasowa. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość łączą się i istnieją równocześnie.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Nie miała baba kłopotu....biznes women została :)

Blogi mnożą mi się jak króliki i po blogosferze sobie samopas hasają.
Nie mam czasu. No nie mam czasu na przyjemności, na rozrywkę. Trzy etaty do obskoczenia!
A przecież trzeba jeszcze po drodze wpaść do fryzjera, kosmetyczki czy sklepu. Jeżeli już nie po chlebek to z pewnością po kosmetyki. One zawsze dodają mi siły do pracy i apetytu na życie.
:-)
Byle do świąt...wtedy na kilka dni zalegnę na kanapie i żadna siła mnie stamtąd nie ruszy.

Zaniedbuję również moje liczne roślinki domowe. Aż się dziwię, że ten biedak wypuścił, pierwszy raz, pączka. To podobno jakaś róża, ale wygląda jak pokrzywa :-))

niedziela, 6 grudnia 2009

Kraina Świętego Mikołaja

Mikołaj do mnie nie przyszedł. Pewnie dlatego, że nie napisałam do niego listu.
Trudno. Jutro sama sobie kupię prezent. Kilka dobrych książek.
Wiem jednak z pewnego źródła, że do moich wnuków już jedzie. Od wieków wiadomo przecież, że Mikołaj mieszka tylko w krainie dzieciństwa. Ja już dawno się z niej wyprowadziłam i jak dotąd nie udało mi się odnaleźć drogi powrotnej. Prawdopodobnie już jej nie ma...

czwartek, 3 grudnia 2009

Kobieta pracująca.

Okazało się, że ani z księgowości, ani z pisania książek wyżyć się nie da.
Jak już się okazało, madame zakasała rękawy i zabrała się za biznes.
Podobno "lepsze deko handlu, niż kilo roboty". Właśnie to sprawdzam.
Poznaję różne bardzo dziwne przedmioty. Nie wiedziałam, że takie istnieją, a tym bardziej, że mogą być komuś potrzebne. A tu się okazało, że są!
Dowiedziałam się co to jest taśma "cenówka", jak wygląda i do czego służy. Kupiłam pomarańczową :-)
Wieczorami jednak wracam do książki,żeby mnie ten handel całkiem nie wyjałowił intelektualnie i nie pozbawił wrażliwości artystycznej.
A życie toczy się swoim torem, to znaczy tam gdzie chce i jak chce. Zawsze krętymi drogami i po wybojach. Taki życiowy bieg na orientację.
Coraz mniej czasu dla siebie. Kradnę chwile, zamykam drzwi zostawiając za nimi cały świat.....i słucham muzyki.