Zawalona po uszy robotą, z nosem wiecznie w papierach, zupełnie zapomniałam, że istnieje życie . Dopiero teraz zorientowałam się, że jeszcze nie zaczęłam żyć!
Wszystko było zamiast.
Grałam z życiem w pokera i przegrałam.
A byłam pewna, że mam dobre karty! Może chciałam tak myśleć?
Nic nie osiągnęłam, nic nie zrobiłam, nie stworzyłam nic wielkiego.
Wszystko było tymczasowe. Tak jak moja podłoga. Do tej pory nie zainstalowałam listew przy ścianach.
Wszystko niedokończone, rozgrzebane, brzydkie, prowizoryczne. A prowizorka jest najtrwalsza.
No cóż, wiadomo, że nie każdy jest geniuszem, ale każdy musi jakoś żyć. Nawet jak nie umie.
Człowiek całe życie się rodzi. Kiedy jednak już czuje, że się urodził, jest ukształtowany i gotowy - pora umierać. I tak to jest. A jest nie w porządku.
Wybrałam złą drogę, w którymś momencie źle skręciłam. Tylko kiedy? I czy można zawrócić?
Nie można. Trzeba cały czas iść naprzód. Przed siebie. Drogą w jednym tylko kierunku. W stronę tęczy :)
Jutro nowy dzień. Powitam go najpiękniejszym uśmiechem na jaki mnie stać.
Cóż innego mogę zrobić?
Strony
Etykiety
MOJE NOCE I DNIE
(69)
-ZWIERZENIA PISARKI
(14)
ŚWIAT WOKÓŁ MNIE
(11)
-SENTYMENTY
(8)
ZE STAREGO ALBUMU ŚLADAMI PRZESZŁOŚCI
(7)
opowiadania
(7)
co w duszy gra
(4)
blogi
(1)
sny
(1)
środa, 20 lipca 2011
sobota, 16 lipca 2011
"Stare, dobre małżeństwo" - fragmenty, czyli lektura na lato :))
Ponieważ jestem kobietą pracującą i żadnej pracy się nie boję, brakuje mi czasu na przyjemności. Nie wyrabiam na zakrętach :)
Dlatego dzisiaj, zamiast notki, wstawiam coś do poczytania na letnie popołudnie :)
To jest fragment większej całości, która nie wiadomo kiedy dorośnie do właściwych rozmiarów. Można zjeść z drugim człowiekiem setki śniadań, zrobić tysiące kanapek i pewnego dnia go nie poznać. Można patrzeć na niego i zastanawiać się: kim jest ten człowiek po drugiej stronie stołu? Co on tu robi? Dlaczego właśnie z nim jem codziennie śniadanie? Przez wiele lat wtapia się w tło, pasuje i nagle zgrzyt. Patrzysz i wiesz, że nie pasuje, gryzie się z kolorem zasłon, jest zbędnym elementem układanki, przeszkodą na torach twojego życia. I już wiesz, że musisz go po prostu przejechać, aby żyć dalej.
środa, 13 lipca 2011
"Twinkle, twinkle, little bat! How I wonder what you're at!"
Czy wiecie jak wygląda nietoperz? Tak mniej więcej jak na załączonym obrazku.
Nietoperze są wyjątkowo złośliwe. Zamiast wisieć do góry nogami w jakiejś jaskini lub strychu, czyhają na Bogu ducha winnych ludzi. W tym przypadku czyhał taki jeden na mnie.
Pisałam sobie spokojnie komentarz na blogu, w języku MIĘSZANYM, trochę po polsku, trochę po angielsku.
I nagle, nie wiadomo skąd pojawił się on! Nietoperz! Wlazł w komentarz i został! A wyglądał tak: „BAT”.
W miejscu gdzie sobie na waleta zawisnął, mieszkało przedtem spokojne, skromne, ale jakże potrzebne „ale”. Nazywało się „BUT”, ponieważ urodziło się w Ameryce. Przestraszyło się jednak tego krwiopijcy, nietoperza i uciekło.
W sumie, nie zginie przecież, ale co ja się wstydu najadłam to moje :)))
Prawda Stardust? :))
Dlatego też dzisiaj zabrałam się ostro za doskonalenie mojej umiejętności pisania po angielsku, i nie sadzenia błędów jak kartofli.
Właśnie przepisałam całe przemówienie Baracka Obamy:
„Europe and America, Aligned for the Future
By Barack Obama
With this week's NATO and United States-European Union summit meetings in Lisbon, I am proud to have visited Europe a half-dozen times as president.” ….. itd., itd.
Trzy bite strony.
W końcu przecież się nauczę. Bo jak na razie to kilka razy pod rząd uparcie pisałam:”sammit” zamiast „ summit”
I to rzeczywiście jest prawdziwy SZCZYT zdolności do popełniania błędów :))))
niedziela, 10 lipca 2011
Góralu, czy ci nie żal?
Lecz zanim liść opadł z drzew,
Powraca góral do chaty,
Na ustach wesoły śpiew,...
To tyle o góralu. Teraz o mnie. Wracam do mojej porzuconej blogowej chaty.
Aby przeprosić jakoś blog za to porzucenie, sprezentowałam mu nowe ubranko.
Blog jednak strzelił focha i zażądał jeszcze posegregowania wpisów według kategorii.
Czego się nie robi dla świętego spokoju? Można więc edytować każdy post po kolei i przyklejać mu kategorie. Ale za to jakiej wprawy nabrałam w klikaniu!
Przy okazji musiałam wszystkie te teksty przeczytać. I wiecie co? Wiele z nich bardzo mi się podoba! Jakbym to nie ja je pisała, tylko noblistka jakaś :)
Takiego dobrego blogu nie mogę porzucić.
Wracam!
Blog jest znowu mój. I Wasz :))
A teraz zapraszam do stołu :)
/kadr z filmu "Dyskretny urok burżuazji"/
czwartek, 21 kwietnia 2011
Wielki Tydzień małego człowieka
Późny, czwartkowy wieczór, a ja na kanapie czule przytulona do laptopa.
Czwartek nie jest tu może taki bardzo istotny. Natomiast mój jedyny towarzysz wieczoru i owszem!
Nie jestem jeszcze taka stara,jak niektórzy myślą i samotne wieczory nie powinny być normą.
Przeglądam blogi. Smutek, samotność. Te dzisiaj omijam. Na innych jedna wielka manipulacja czytelnikami, samouwielbienie i chwała na wysokości. Te staram się omijać zawsze.
Zaglądam do starych znajomych. Lubię te odwiedziny. Szczere, intymne notki. Jak listy pisane specjalnie do mnie. Czuję obecność autora i jego sympatię w stosunku do mnie. Rozmawiamy słowem pisanym. Dla emocji ekran monitora nie jest przeszkodą.
Jest dobrze. Prawie dobrze. Ale prawie czyni wielka różnicę. Prawda? Nie tylko w stosunku do piwa...
Wieczory otulone ciemnością dopominają się czyjegoś słyszalnego głosu, spojrzenia czyichś oczu. Dotyku, który nie jest dotykiem klawiatury.
Życie to nie blog. Nie można dni , uczuć, emocji zapisywać. Trzeba je przeżyć.
Jutro nowy dzień.
Rano opieka nad wnuczką, wizyta córki, jakieś uzgodnienia dotyczące świąt.
Po południu zaplanowałam zakupy niezbędnych kosmetyków ( dla mnie wszystkie kosmetyki są niezbędne. To tak, żeby nie było wątpliwości), potem kosmetyczka i fryzjer.
Wiem, że mam już wnuki. Ten fakt jednak, niezależny wcale ode mnie, nie odbierze mi przyjemności dbania o siebie. Jak by się tak głębiej nad tym zastanowić, to jest jedyna przyjemność w moim życiu! Nie wiem tylko, czy powinnam się cieszyć, czy raczej uronić łezkę.
Zanim się dowiem, kupię sobie jeszcze ten śliczny żakiecik zauważony wczoraj na wystawie . Mam tylko nadzieję, że nie podkupi mi go jakaś inna babcia, młoda ciałem i duchem.
Dobrej nocy wszystkim życzę i miłego dnia jutrzejszego!
Czwartek nie jest tu może taki bardzo istotny. Natomiast mój jedyny towarzysz wieczoru i owszem!
Nie jestem jeszcze taka stara,jak niektórzy myślą i samotne wieczory nie powinny być normą.
Przeglądam blogi. Smutek, samotność. Te dzisiaj omijam. Na innych jedna wielka manipulacja czytelnikami, samouwielbienie i chwała na wysokości. Te staram się omijać zawsze.
Zaglądam do starych znajomych. Lubię te odwiedziny. Szczere, intymne notki. Jak listy pisane specjalnie do mnie. Czuję obecność autora i jego sympatię w stosunku do mnie. Rozmawiamy słowem pisanym. Dla emocji ekran monitora nie jest przeszkodą.
Jest dobrze. Prawie dobrze. Ale prawie czyni wielka różnicę. Prawda? Nie tylko w stosunku do piwa...
Wieczory otulone ciemnością dopominają się czyjegoś słyszalnego głosu, spojrzenia czyichś oczu. Dotyku, który nie jest dotykiem klawiatury.
Życie to nie blog. Nie można dni , uczuć, emocji zapisywać. Trzeba je przeżyć.
Jutro nowy dzień.
Rano opieka nad wnuczką, wizyta córki, jakieś uzgodnienia dotyczące świąt.
Po południu zaplanowałam zakupy niezbędnych kosmetyków ( dla mnie wszystkie kosmetyki są niezbędne. To tak, żeby nie było wątpliwości), potem kosmetyczka i fryzjer.
Wiem, że mam już wnuki. Ten fakt jednak, niezależny wcale ode mnie, nie odbierze mi przyjemności dbania o siebie. Jak by się tak głębiej nad tym zastanowić, to jest jedyna przyjemność w moim życiu! Nie wiem tylko, czy powinnam się cieszyć, czy raczej uronić łezkę.
Zanim się dowiem, kupię sobie jeszcze ten śliczny żakiecik zauważony wczoraj na wystawie . Mam tylko nadzieję, że nie podkupi mi go jakaś inna babcia, młoda ciałem i duchem.
Dobrej nocy wszystkim życzę i miłego dnia jutrzejszego!
piątek, 15 kwietnia 2011
Chyba kupię farby i pomaluję sobie życie
Problemy mnie przerosły. Stały się wprost niebotyczne. Ogarnięcie ich nie jest już w moim zasięgu. Możliwe, że człowiek na starość się kurczy i stąd ten problem. W latach młodości potrafiłam ogarnąć wszystko i za bary z życiem się brałam.
Z perspektywy czasu jaki minął od pięknych lat mojej młodości, droga życiowych doświadczeń wydaje się prosta i szeroka. Jasna i piękna. Ta, która przede mną - w cieniu ukryta. Pełna strachów, których pokonać nie potrafię.
Nie umiem pomóc moim dzieciom.
Matki, które nie mają własnego życia starają się żyć życiem swoich dzieci.
Chciałabym tego uniknąć. Nie można za nikogo życia przeżyć. Dlatego się nie wtrącam. Nie krytykuję. Nie staję po żadnej ze stron.
Kiedy jednak dzieciom się nie wiedzie, kiedy postępują niewłaściwie i podejmują błędne decyzje - serce boli.
Ale jak ja mam podać dzieciom przepis na szczęśliwe życie, skoro sama go nie znalazłam? Własne porażki jednak znacznie łatwiej znieść. Porażki dzieci są bardziej dotkliwe.
Pewnie przesadzam. Życie ostatnio przybrało ciemniejsze barwy. Błądzę po omacku w poszukiwaniu tej jaśniejszej strony życia. Wiem, że gdzieś tam jest.
Czekam na jakiś znak od życia, na zaproszenie do szczęścia i spokoju. Chcę oddychać swobodnie i lekko, nie chcę już nigdy doświadczyć tego niepokojącego ucisku w okolicy serca.
Czy wystarczy chcieć?.........
Z perspektywy czasu jaki minął od pięknych lat mojej młodości, droga życiowych doświadczeń wydaje się prosta i szeroka. Jasna i piękna. Ta, która przede mną - w cieniu ukryta. Pełna strachów, których pokonać nie potrafię.
Nie umiem pomóc moim dzieciom.
Matki, które nie mają własnego życia starają się żyć życiem swoich dzieci.
Chciałabym tego uniknąć. Nie można za nikogo życia przeżyć. Dlatego się nie wtrącam. Nie krytykuję. Nie staję po żadnej ze stron.
Kiedy jednak dzieciom się nie wiedzie, kiedy postępują niewłaściwie i podejmują błędne decyzje - serce boli.
Ale jak ja mam podać dzieciom przepis na szczęśliwe życie, skoro sama go nie znalazłam? Własne porażki jednak znacznie łatwiej znieść. Porażki dzieci są bardziej dotkliwe.
Pewnie przesadzam. Życie ostatnio przybrało ciemniejsze barwy. Błądzę po omacku w poszukiwaniu tej jaśniejszej strony życia. Wiem, że gdzieś tam jest.
Czekam na jakiś znak od życia, na zaproszenie do szczęścia i spokoju. Chcę oddychać swobodnie i lekko, nie chcę już nigdy doświadczyć tego niepokojącego ucisku w okolicy serca.
Czy wystarczy chcieć?.........
wtorek, 5 kwietnia 2011
Czas się obudzić
Jeszcze żyję. Przynajmniej tak mi się wydaje. A jeżeli to tylko sen?
Ciekawe co będzie jak się obudzę.... może mam cudowne życie? Może jestem młodsza niż mi się przyśniło?
Obawiam się jednak, że wcale nie śpię.
Wiosenny deszczyk i wspaniałe świeże powietrze są realne aż do bólu. No i bardzo dobrze. Bo co ja bym robiła w jakimś innym, wspaniałym świecie, którego nie znam? Może wcale by mi się nie spodobał?
Na szczęście w rzeczywistości nie mamy takiego wyboru i takich dylematów.
Jutro pierwszy dzień reszty mojego życia.
Makijaż, fryzura, twarzowe wdzianko i do pracy zarobić na rachunki, które się mnożą i mutują do jakichś kosmicznych rozmiarów.
Szukam dodatkowej pracy. Przydałoby się zarobić jeszcze na jedzonko, którego nie mam zamiaru sobie odmawiać, i na kosmetyki, których z racji wieku nie mogę sobie odmówić.
Po kilku wolnych dniach staję do walki z życiem. Zbieram wszystkie siły. Tej walki przegrać nie mogę.
Ciekawe co będzie jak się obudzę.... może mam cudowne życie? Może jestem młodsza niż mi się przyśniło?
Obawiam się jednak, że wcale nie śpię.
Wiosenny deszczyk i wspaniałe świeże powietrze są realne aż do bólu. No i bardzo dobrze. Bo co ja bym robiła w jakimś innym, wspaniałym świecie, którego nie znam? Może wcale by mi się nie spodobał?
Na szczęście w rzeczywistości nie mamy takiego wyboru i takich dylematów.
Jutro pierwszy dzień reszty mojego życia.
Makijaż, fryzura, twarzowe wdzianko i do pracy zarobić na rachunki, które się mnożą i mutują do jakichś kosmicznych rozmiarów.
Szukam dodatkowej pracy. Przydałoby się zarobić jeszcze na jedzonko, którego nie mam zamiaru sobie odmawiać, i na kosmetyki, których z racji wieku nie mogę sobie odmówić.
Po kilku wolnych dniach staję do walki z życiem. Zbieram wszystkie siły. Tej walki przegrać nie mogę.
czwartek, 31 marca 2011
Mimo wszystko...
Myśli mam poplątane.
Zły czas na myśli.
Psychika rozedrgana. Dusza podziurawiona. Uczucia ulatują.
Manko życiowe.
Może sen przypomni o szczęściu. Jutro nowy dzień. Przywdzieję zbroję z makijażu, uzbroję się w szpilki ( może uda się je wcisnąć) i wyruszę na poszukiwanie drogi własnej. Gubię się. Tęsknota jak mgła świat mi zasłania.
A iść trzeba. Innej drogi nie ma. Tylko ta jedna. Z biegiem lat, z biegiem dni....
Zły czas na myśli.
Psychika rozedrgana. Dusza podziurawiona. Uczucia ulatują.
Manko życiowe.
Może sen przypomni o szczęściu. Jutro nowy dzień. Przywdzieję zbroję z makijażu, uzbroję się w szpilki ( może uda się je wcisnąć) i wyruszę na poszukiwanie drogi własnej. Gubię się. Tęsknota jak mgła świat mi zasłania.
A iść trzeba. Innej drogi nie ma. Tylko ta jedna. Z biegiem lat, z biegiem dni....
niedziela, 27 marca 2011
Ze starego zeszytu. Takie tam, wiosenne wykopaliska:)
Któregoś dnia pani B. wyszła z domu i już nie wróciła. Dom czeka, nieruchomy, milczący. W powietrzu unosi się jeszcze zapach perfum pani B. Zapach wczorajszej kawy. W szafie wiszą wyprasowane suknie i czekają na swoje wielkie wyjście. Ranne pantofle zachowały jeszcze resztki wczorajszego ciepła. Niedomknięte okno oddycha, nieśmiało poruszając firanką.
I nagle szczęk kluczy w zamku, odgłos kroków. Czarne buciki zostawiają ślady błota na jasnym parkiecie. Podchodzą do szafy. Obce ręce szarpią z wieszaków suknię za suknią i upychają w czarnym worku na śmieci. Hałas buciorów na podłodze, smród papierosów, głośne pokrzykiwania. Mocne ręce chwytają szafę i podrywają ją do góry, wyrywają z własnego, rodzinnego kąta. Nie! Co powie pani B gdy po powrocie nie zastanie szafy?! Otwarte drzwi rzucają ostatnie spojrzenie znikającej na zakręcie schodów szafie, która po potężnym kopnięciu ciężkim buciorem potoczyła się w dół po betonowych schodach, boleśnie raniących jej boki. Otwarte drzwi wypatrują pani B, starają się wychwycić znajomy głos, znajomy dotyk na klamce. Ściany stoją jeszcze niewzruszone na straży zrujnowanego świata pani B, ale już wiedzą, że ten świat przestał istnieć. Pani B nie powróci.
sobota, 26 marca 2011
To chyba jakieś czary... czy co...
Zauważyłam, że ja ostatnio nic innego nie robię, tylko sprzątam. Coś jest nie tak. Przecież jak się sprząta, to musi być taki jeden moment, kiedy jest porządek. A u mnie go nie ma!
Dzisiaj rano sprzątałam w kuchni, zmywałam, pucowałam, wycierałam i co tylko. Lubię jak jest idealny porządek kiedy zabieram się za przygotowywanie obiadu.
Kiedy już ten nieszczęsny obiad upichciłam, okazało się, że w kuchni jest okropny bałagan. Znowu zaczęłam zmywać i sprzątać, bo lubię podawać obiad w idealnie posprzątanej kuchni.
Kiedy po obiedzie pozostało tylko wspomnienie okazało się, że w kuchni jest okropny bałagan i pełno garów do zmywania. No co jest!?
Chyba zamuruję kuchnię. I będzie święty spokój.
Dzisiaj rano sprzątałam w kuchni, zmywałam, pucowałam, wycierałam i co tylko. Lubię jak jest idealny porządek kiedy zabieram się za przygotowywanie obiadu.
Kiedy już ten nieszczęsny obiad upichciłam, okazało się, że w kuchni jest okropny bałagan. Znowu zaczęłam zmywać i sprzątać, bo lubię podawać obiad w idealnie posprzątanej kuchni.
Kiedy po obiedzie pozostało tylko wspomnienie okazało się, że w kuchni jest okropny bałagan i pełno garów do zmywania. No co jest!?
Chyba zamuruję kuchnię. I będzie święty spokój.
niedziela, 20 marca 2011
Najwyższy czas pomyśleć o sobie
Ostatnio odkryłam w sobie ogromne pokłady egoizmu. Zbierany przez lata, nie wykorzystywany eksplodował z wielką siłą jak świąteczne fajerwerki.
Przypomniałam sobie, że jestem dla siebie równie ważna jak cała moja , kochana skądinąd, rodzina.
Od dzisiaj zabieram się za intensywną renowację mojej powłoki cielesnej. Piękniejsza być może nie będę, ale zawsze lepiej być młodą brzydką niż brzydką starą :)
Nie zapomnę też o renowacji intelektualnej. W natłoku obowiązków wobec rodziny zapomniałam jak się czyta i pisze. Jak się odpoczywa. Zapomniałam też jak wielką przyjemność sprawiają prezenty dawane samej sobie.
Dlatego też kupiłam sobie nowego laptopa, najlepszego jaki był. Czekam teraz na kuriera z moim prezentem. Ale żeby nie czekać tak bezproduktywnie, jutro kupię sobie nowe buty na powitanie wiosny.
I będę się cieszyć życiem.
Czego i Wam życzę.
:))
Przypomniałam sobie, że jestem dla siebie równie ważna jak cała moja , kochana skądinąd, rodzina.
Od dzisiaj zabieram się za intensywną renowację mojej powłoki cielesnej. Piękniejsza być może nie będę, ale zawsze lepiej być młodą brzydką niż brzydką starą :)
Nie zapomnę też o renowacji intelektualnej. W natłoku obowiązków wobec rodziny zapomniałam jak się czyta i pisze. Jak się odpoczywa. Zapomniałam też jak wielką przyjemność sprawiają prezenty dawane samej sobie.
Dlatego też kupiłam sobie nowego laptopa, najlepszego jaki był. Czekam teraz na kuriera z moim prezentem. Ale żeby nie czekać tak bezproduktywnie, jutro kupię sobie nowe buty na powitanie wiosny.
I będę się cieszyć życiem.
Czego i Wam życzę.
:))
środa, 2 marca 2011
Tak ogólnie to jestem na nie.
Dopadła mnie jakaś przedwiosenna depresja. Nie mogę spać, nie mogę jeść, nie mogę pisać. Nic mi się nie podoba. Ja się sobie nie podobam. E, no nie, przesadziłam. Śliczna jestem :)
Los chyba robi wiosenne porządki i wywala na wierzch wszystkie kłopoty, zmartwienia, choroby. Ogólnie bardzo przygnębiająca góra śmieci.
W pracy szykuje się rewolucja, w rodzinie ślub.
Żyć nie umierać.
Jednym słowem jest do kitu.
Nawet telewizja mnie dobija. Czasami oglądam seriale. Przyznaję się bez bicia.
Bardzo lubię "Licencję na wychowanie". Teraz zerkam na nowy, reklamowany serial "Rodzinka.pl". Tragedia! Szkoda czasu na oglądanie. Depresja mi się pogłębiła :) Im bardziej szumna reklama, tym towar gorszy.
Idę przeczytać jakąś książkę. Najlepiej dobrą.
Los chyba robi wiosenne porządki i wywala na wierzch wszystkie kłopoty, zmartwienia, choroby. Ogólnie bardzo przygnębiająca góra śmieci.
W pracy szykuje się rewolucja, w rodzinie ślub.
Żyć nie umierać.
Jednym słowem jest do kitu.
Nawet telewizja mnie dobija. Czasami oglądam seriale. Przyznaję się bez bicia.
Bardzo lubię "Licencję na wychowanie". Teraz zerkam na nowy, reklamowany serial "Rodzinka.pl". Tragedia! Szkoda czasu na oglądanie. Depresja mi się pogłębiła :) Im bardziej szumna reklama, tym towar gorszy.
Idę przeczytać jakąś książkę. Najlepiej dobrą.
piątek, 18 lutego 2011
Pisarz to ma klawe życie :)
Narzucone przez samą siebie przeróżne zajęcia, obowiązki, tudzież przyjemności przygniotły mnie nieco. Prawie mnie spod nich nie widać.
Czytam, piszę, pracuję, gotuję, sprzątam, konserwuję urodę.
Najczęściej jednak się denerwuję, żeby nie określić tego dosadniej.
Ciężko jest pracować z kimś, kto zna tylko jeden zaimek osobowy: JA.
Chyba nie dotrwam do emerytury w zdrowiu psychicznym:)
Całe szczęście, że stworzyłam własny świat, w którym mam pełną władzę.
Mieszkańcy tego świata żyją według wymyślonego przeze mnie scenariusza.
I nie mają nic do gadania.
Takie przynajmniej było wstępne założenie.
Niestety założenie się rozłożyło, a nawet wyprasowało :)
Bohaterowie w ogóle mnie nie słuchają. Zaczęli żyć po swojemu. Wymykają mi się!
Jednemu z bohaterów znalazłam kochankę. Przecudnej urody kobietę. Sama mu zazdroszczę:) I co? Okazuje się, że on wcale kochanki nie ma! No, nie idiota?
Wysłałam go do Ameryki.
Po krótkiej przerwie zaczynam pisać dalej.
Szukam faceta w tej Ameryce, ale jego tam wcale nie ma! Nie pojechał!
I bądź tu mądra i książki pisz :)
Gdzie do cholery jest mój bohater?!
Czytam, piszę, pracuję, gotuję, sprzątam, konserwuję urodę.
Najczęściej jednak się denerwuję, żeby nie określić tego dosadniej.
Ciężko jest pracować z kimś, kto zna tylko jeden zaimek osobowy: JA.
Chyba nie dotrwam do emerytury w zdrowiu psychicznym:)
Całe szczęście, że stworzyłam własny świat, w którym mam pełną władzę.
Mieszkańcy tego świata żyją według wymyślonego przeze mnie scenariusza.
I nie mają nic do gadania.
Takie przynajmniej było wstępne założenie.
Niestety założenie się rozłożyło, a nawet wyprasowało :)
Bohaterowie w ogóle mnie nie słuchają. Zaczęli żyć po swojemu. Wymykają mi się!
Jednemu z bohaterów znalazłam kochankę. Przecudnej urody kobietę. Sama mu zazdroszczę:) I co? Okazuje się, że on wcale kochanki nie ma! No, nie idiota?
Wysłałam go do Ameryki.
Po krótkiej przerwie zaczynam pisać dalej.
Szukam faceta w tej Ameryce, ale jego tam wcale nie ma! Nie pojechał!
I bądź tu mądra i książki pisz :)
Gdzie do cholery jest mój bohater?!
poniedziałek, 7 lutego 2011
Czego się boisz głupia?
W przyszłym roku dostanę świadectwo starości - emeryturę.
Założę wtedy czerwone szpilki, wejdę do gabinetu prezesa i wyceluję prawym sierpowym prosto w jego nochal.
To się nazywa pozawerbalny sposób przekazania treści.
A treść jest taka: główna księgowa znajduje się na trochę wyższym szczeblu w hierarchii służbowej niż stażystka. Prezes powinien to wiedzieć. Mój niestety ma trochę zaburzoną orientacje w tej kwestii.
To tyle na ten fascynujący i abstrakcyjny temat :)
Starość jednak pcha sie do mnie drzwiami i oknami. Gotowa nawet wejść kominem!
Stosuję różne metody walki z nią. Ostatnio zdobyłam krem- cudo! Na miarę czosnku i osikowego kołka w obronie przed wampirami.
Bo też starość wampirze zwyczaje posiada. Potrafi wyssać całą witalność z człowieka. Nie wspomnę już o urodzie :))
Nie można życia przewinąć do początku i obejrzeć powtórnie.
Nie można nic w przeszłości zmienić, nie można już przestawić mebli ani posprzątać.
Każdy przeżyty dzień zostaje zamknięty i nie można go już otworzyć. Jest jak fotografia. Można tylko patrzeć.
Zwolniłam ostatnio. Nie muszę się nigdzie spieszyć. Resztę życia pokonam spacerkiem.
Może wyda się dłuższe?
A piękna Norma pozostanie na zawsze młodą Marilyn.
Tylko za jaką cenę?
Wydaje mi się, że grubo przepłaciła...
Założę wtedy czerwone szpilki, wejdę do gabinetu prezesa i wyceluję prawym sierpowym prosto w jego nochal.
To się nazywa pozawerbalny sposób przekazania treści.
A treść jest taka: główna księgowa znajduje się na trochę wyższym szczeblu w hierarchii służbowej niż stażystka. Prezes powinien to wiedzieć. Mój niestety ma trochę zaburzoną orientacje w tej kwestii.
To tyle na ten fascynujący i abstrakcyjny temat :)
Starość jednak pcha sie do mnie drzwiami i oknami. Gotowa nawet wejść kominem!
Stosuję różne metody walki z nią. Ostatnio zdobyłam krem- cudo! Na miarę czosnku i osikowego kołka w obronie przed wampirami.
Bo też starość wampirze zwyczaje posiada. Potrafi wyssać całą witalność z człowieka. Nie wspomnę już o urodzie :))
Nie można życia przewinąć do początku i obejrzeć powtórnie.
Nie można nic w przeszłości zmienić, nie można już przestawić mebli ani posprzątać.
Każdy przeżyty dzień zostaje zamknięty i nie można go już otworzyć. Jest jak fotografia. Można tylko patrzeć.
Zwolniłam ostatnio. Nie muszę się nigdzie spieszyć. Resztę życia pokonam spacerkiem.
Może wyda się dłuższe?
A piękna Norma pozostanie na zawsze młodą Marilyn.
Tylko za jaką cenę?
Wydaje mi się, że grubo przepłaciła...
środa, 2 lutego 2011
Piłowanie trupa.
Od rana próbuję coś napisać.
Wpatruję się w ekran monitora, siadam, wstaję, wyglądam przez okno. Znowu siadam, myślę... i idę zrobić przepierkę.
Nagle wpada mi do głowy genialna myśl! Biegnę do komputera i piszę, piszę.
Staram się pisać jak najszybciej, żeby myśl nie uciekła, bo gdzie ja ją potem dopadnę? O mało sobie palców nie połamałam :)
Jednak po przeczytaniu moich wypocin doszłam do wniosku, że myśl mnie oszukała, głupia jakaś była.
Przecież to jest do niczego, nawet do dupy nie jest.
Kasuję więc i znowu czekam. I tak ze dwieście razy.
W kamieniołomach bym się tak nie zmęczyła!
Pocieszam się jednak tym, że nie tylko ja mam takie problemy. Konwicki kiedyś powiedział o mękach pisania: "piłowałem tego trupa dniami i nocami, i nawet kropli krwi nie puścił."
Muszę przerwać to piłowanie, bo zrobiło mi się gorąco.
Nie wiem tylko dlaczego. Może trzeba kaloryfer trochę przykręcić?
Może się przeziębiłam?
Może mózg mi się zagotował i zaraz wybuchnie?
A może to klimakterium wpadło do mnie na chwilę ? A poszło won! Mało to ja mam problemów?
A tak w ogóle to nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi :(
Kto mnie przytuli?
Wpatruję się w ekran monitora, siadam, wstaję, wyglądam przez okno. Znowu siadam, myślę... i idę zrobić przepierkę.
Nagle wpada mi do głowy genialna myśl! Biegnę do komputera i piszę, piszę.
Staram się pisać jak najszybciej, żeby myśl nie uciekła, bo gdzie ja ją potem dopadnę? O mało sobie palców nie połamałam :)
Jednak po przeczytaniu moich wypocin doszłam do wniosku, że myśl mnie oszukała, głupia jakaś była.
Przecież to jest do niczego, nawet do dupy nie jest.
Kasuję więc i znowu czekam. I tak ze dwieście razy.
W kamieniołomach bym się tak nie zmęczyła!
Pocieszam się jednak tym, że nie tylko ja mam takie problemy. Konwicki kiedyś powiedział o mękach pisania: "piłowałem tego trupa dniami i nocami, i nawet kropli krwi nie puścił."
Muszę przerwać to piłowanie, bo zrobiło mi się gorąco.
Nie wiem tylko dlaczego. Może trzeba kaloryfer trochę przykręcić?
Może się przeziębiłam?
Może mózg mi się zagotował i zaraz wybuchnie?
A może to klimakterium wpadło do mnie na chwilę ? A poszło won! Mało to ja mam problemów?
A tak w ogóle to nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi :(
Kto mnie przytuli?
wtorek, 1 lutego 2011
Poranny speed :)
Oj, nie lubię takich poranków, bardzo nie lubię.
Budzik dzisiaj zaspał, ja też. Takie bywają skutki braku prądu w nocy.
Istna powtórka z Kevina! Biegałam rano niczym Speedy Gonzales!
Nie bądźmy drobiazgowi i przyjmijmy, że wszędzie zdążyłam :)
Wczorajszy wieczór i spory kawał nocy spędziłam przed komputerem, wpatrując się w moją śliczną srebrno czarną klawiaturę. Z pewnością zapamiętam ją do końca życia :)
Weny jednak jak nie było, tak nie ma. Nie wiem jak ją przywołać? Jak się woła wenę? Hop, hop? Cip, cip? Próbowałam wszystkiego i nic.
Tak mam zawsze jak tylko przerywam pisanie i zajmuję się zupełnie czymś innym, czym zająć się muszę choć wcale nie chcę.
Mam rozgrzebane dwie książki i jeden scenariusz. Piszę zwykle wszystko jednocześnie. Trochę tu, trochę tam. Ale jak tylko zrobię dłuższą przerwę...koniec! Tracę wątki i ruszyć z miejsca nie mogę. Ale chyba coś wczoraj drgnęło:)
Jutro idę na pogrzeb. Zmarła matka mojego kolegi z pracy. I tak wygląda prawdziwe życie, które samo pisze sobie scenariusz i nigdy nie traci weny...
A słońce ma to wszystko gdzieś i pięknie świeci zapowiadając wiosnę.
Budzik dzisiaj zaspał, ja też. Takie bywają skutki braku prądu w nocy.
Istna powtórka z Kevina! Biegałam rano niczym Speedy Gonzales!
Nie bądźmy drobiazgowi i przyjmijmy, że wszędzie zdążyłam :)
Wczorajszy wieczór i spory kawał nocy spędziłam przed komputerem, wpatrując się w moją śliczną srebrno czarną klawiaturę. Z pewnością zapamiętam ją do końca życia :)
Weny jednak jak nie było, tak nie ma. Nie wiem jak ją przywołać? Jak się woła wenę? Hop, hop? Cip, cip? Próbowałam wszystkiego i nic.
Tak mam zawsze jak tylko przerywam pisanie i zajmuję się zupełnie czymś innym, czym zająć się muszę choć wcale nie chcę.
Mam rozgrzebane dwie książki i jeden scenariusz. Piszę zwykle wszystko jednocześnie. Trochę tu, trochę tam. Ale jak tylko zrobię dłuższą przerwę...koniec! Tracę wątki i ruszyć z miejsca nie mogę. Ale chyba coś wczoraj drgnęło:)
Jutro idę na pogrzeb. Zmarła matka mojego kolegi z pracy. I tak wygląda prawdziwe życie, które samo pisze sobie scenariusz i nigdy nie traci weny...
A słońce ma to wszystko gdzieś i pięknie świeci zapowiadając wiosnę.
sobota, 29 stycznia 2011
Może jeszcze coś jest za zakrętem?
Od kilku lat odnoszę wrażenie, że chce mnie dopaść starość. Czuję jej oddech na plecach. Goni mnie jak wściekły pies. Podgryza zębem czasu.
I tak biegniemy razem tą drogą jednokierunkową, która gdzieś tam się nagle skończy. I dalej nie będzie już nic.
Rozpoczynam następny rozdział mojego życia. Zatytułowałam go: najlepsze lata mojego życia.
To mam już tytuł, zakończenie znam, teraz wypada dopisać całą resztę.
Obym tylko nie okazała się życiowym beztalenciem.
I tak biegniemy razem tą drogą jednokierunkową, która gdzieś tam się nagle skończy. I dalej nie będzie już nic.
Rozpoczynam następny rozdział mojego życia. Zatytułowałam go: najlepsze lata mojego życia.
To mam już tytuł, zakończenie znam, teraz wypada dopisać całą resztę.
Obym tylko nie okazała się życiowym beztalenciem.
wtorek, 18 stycznia 2011
Kto szuka, ten znajduje :)
Źle ostatnio śpię. Za dużo myśli towarzyszy mi zarówno dniem jak i nocą. Nie odganiam ich, ponieważ są to myśli dobre, przyjazne, przynoszące w darze wspomnienia. A ja je od kilku dni kolekcjonuję. Dla siebie, dla rodziny, dla potomnych.
Z tymi potomnymi to jednak sprawa niejasna jest. Bo skąd mam wiedzieć, że w ogóle będą zainteresowani moim istnieniem na tym świecie, a co dopiero zebranymi przeze mnie wspomnieniami? No cóż, może znajdzie się chociaż jedna osoba, dla której będzie to ważne.
Poranna kawa trochę mnie dobudziła. Gorąca, słodziutka i ze śmietanką. Wszak cukier krzepi, czyż nie?
Wyszło słoneczko i dodało mi sił. Jestem szczęśliwa. A co tam. Powiem Wam dlaczego.
Moje szczęście odezwało się do mnie kilka dni temu. Ma na imię Janusz.
Jeżeli teraz wyobrażacie sobie jakiś płomienny romans, to się bardzo mylicie.
Dzięki wpisom na moim drugim blogu odnalazłam rodzinę, z którą kontakt urwał się wiele lat temu, z niewiadomych przyczyn. Pewnie dlatego, że starsze pokolenie powymierało, a młodzi rozjechali się po świecie.
Teraz jednak odnalazł mnie kuzyn. Mamy sobie tyle do opowiedzenia! Zbieramy do kupy strzępy wspomnień o rodzinie, o dziadach i pradziadach. Zapełniamy białe plamy. Budujemy drzewo genealogiczne.
Przybyło mi tylu kuzynów i kuzynek! Wszyscy chcą mnie poznać, chcą wiedzieć o mnie jak najwięcej.
Dobrze mieć dużą rodzinę, nie tylko na fotografii.
Pozdrawiam bardzo rodzinnie
szczęśliwa madame
:))
Z tymi potomnymi to jednak sprawa niejasna jest. Bo skąd mam wiedzieć, że w ogóle będą zainteresowani moim istnieniem na tym świecie, a co dopiero zebranymi przeze mnie wspomnieniami? No cóż, może znajdzie się chociaż jedna osoba, dla której będzie to ważne.
Poranna kawa trochę mnie dobudziła. Gorąca, słodziutka i ze śmietanką. Wszak cukier krzepi, czyż nie?
Wyszło słoneczko i dodało mi sił. Jestem szczęśliwa. A co tam. Powiem Wam dlaczego.
Moje szczęście odezwało się do mnie kilka dni temu. Ma na imię Janusz.
Jeżeli teraz wyobrażacie sobie jakiś płomienny romans, to się bardzo mylicie.
Dzięki wpisom na moim drugim blogu odnalazłam rodzinę, z którą kontakt urwał się wiele lat temu, z niewiadomych przyczyn. Pewnie dlatego, że starsze pokolenie powymierało, a młodzi rozjechali się po świecie.
Teraz jednak odnalazł mnie kuzyn. Mamy sobie tyle do opowiedzenia! Zbieramy do kupy strzępy wspomnień o rodzinie, o dziadach i pradziadach. Zapełniamy białe plamy. Budujemy drzewo genealogiczne.
Przybyło mi tylu kuzynów i kuzynek! Wszyscy chcą mnie poznać, chcą wiedzieć o mnie jak najwięcej.
Dobrze mieć dużą rodzinę, nie tylko na fotografii.
Pozdrawiam bardzo rodzinnie
szczęśliwa madame
:))
piątek, 14 stycznia 2011
(Nie)widzialna ręka nad kołyską.
Historię każdej rodziny tworzą, oprócz fotografii, dokumentów i wspomnień, również przekazywane ustnie z pokolenia na pokolenie opowieści o tajemniczych, niewytłumaczalnych zdarzeniach. Tak zwane "święte prawdy" potwierdzone słowami naocznych świadków. Dotyczy to również mojej rodziny.
Dawno, dawno temu, w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku, w Starym Korczynie mieszkali moi pradziadkowie. Prababcia pochodziła ze zubożałej rodziny szlacheckiej, pradziadek był nauczycielem. Razem z nimi mieszkała matka mojego pradziadka. Pewnego dnia staruszka zmarła.
Po jakimś czasie w domu znajdowali się pradziadkowie, ich najstarszy syn i jego maleńkie dziecko, które położono w kołysce w pokoju. Cała rodzina siedziała przy stole w kuchni. Dziecko w pokoju cały czas kwiliło. Po chwili przestało płakać i w pokoju zapanowała całkowita cisza. Pradziadkowie przestraszyli się i pobiegli do pokoju. Nie mogli uwierzyć w to co zobaczyli.
Przy kołysce siedziała zmarła babcia i kołysała dziecko, które smacznie spało.
Opowiadał to pradziadek mojemu dziadkowi. Dziadek opowiadał mojej mamie, a mama mnie.
Nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć, ale to święta prawda.
Dawno, dawno temu, w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku, w Starym Korczynie mieszkali moi pradziadkowie. Prababcia pochodziła ze zubożałej rodziny szlacheckiej, pradziadek był nauczycielem. Razem z nimi mieszkała matka mojego pradziadka. Pewnego dnia staruszka zmarła.
Po jakimś czasie w domu znajdowali się pradziadkowie, ich najstarszy syn i jego maleńkie dziecko, które położono w kołysce w pokoju. Cała rodzina siedziała przy stole w kuchni. Dziecko w pokoju cały czas kwiliło. Po chwili przestało płakać i w pokoju zapanowała całkowita cisza. Pradziadkowie przestraszyli się i pobiegli do pokoju. Nie mogli uwierzyć w to co zobaczyli.
Przy kołysce siedziała zmarła babcia i kołysała dziecko, które smacznie spało.
Opowiadał to pradziadek mojemu dziadkowi. Dziadek opowiadał mojej mamie, a mama mnie.
Nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć, ale to święta prawda.
niedziela, 2 stycznia 2011
Zanim przeminie...trzeba jakoś przeżyć :)
Bardzo optymistycznie wkroczyłam w ten nowy rok. Nie wiem tylko na jak długo starczy mi tego optymizmu. Optymizm jak wiadomo jest zależny od poziomu życia. Boję się trochę, że po czekających nas podwyżkach mój poziom stanie się depresją. A może nawet zejdę do podziemi?
Jeden etat nie wystarczy nawet na waciki. Doba jednak ma jak wiadomo godzin 24, leciutko więc zmieszczą się w niej trzy etaty. Problem polega na tym, że na chwilę odpoczynku nie starczy już w niej miejsca. Nie wspomnę już o tym, że nie będzie kiedy wydawać pieniędzy. E tam, coś się wymyśli.
Nie powiem, żeby perspektywa pracy na okrągło cieszyła mnie choć trochę, nawet jeżeli bardzo optymistycznie spojrzę na tę kwestię. Biorę więc pod uwagę również plan B. Zmiana diety.
Mieszkańcy dżungli i podobnych terenów na naszym wspaniałym globie urozmaicają sobie dietę bardzo pożywnym białkiem. Białko to wygląda wprawdzie niezbyt apetycznie, ale za to jest za darmo i bez VAT. Placuszki z muszek, pieczone pajączki, mrówki. No nie wiem, kawior to to nie jest, ale skoro mogę pożerać krewetki...
A tam, nie będę sobie dzisiaj zawracała głowy takimi sprawami. Napiję się czerwonego wina.
Pomyślę o tym jutro.
Jeden etat nie wystarczy nawet na waciki. Doba jednak ma jak wiadomo godzin 24, leciutko więc zmieszczą się w niej trzy etaty. Problem polega na tym, że na chwilę odpoczynku nie starczy już w niej miejsca. Nie wspomnę już o tym, że nie będzie kiedy wydawać pieniędzy. E tam, coś się wymyśli.
Nie powiem, żeby perspektywa pracy na okrągło cieszyła mnie choć trochę, nawet jeżeli bardzo optymistycznie spojrzę na tę kwestię. Biorę więc pod uwagę również plan B. Zmiana diety.
Mieszkańcy dżungli i podobnych terenów na naszym wspaniałym globie urozmaicają sobie dietę bardzo pożywnym białkiem. Białko to wygląda wprawdzie niezbyt apetycznie, ale za to jest za darmo i bez VAT. Placuszki z muszek, pieczone pajączki, mrówki. No nie wiem, kawior to to nie jest, ale skoro mogę pożerać krewetki...
A tam, nie będę sobie dzisiaj zawracała głowy takimi sprawami. Napiję się czerwonego wina.
Pomyślę o tym jutro.
sobota, 1 stycznia 2011
Już jest!
Dzisiejszej nocy nastąpiła wreszcie zmiana cyferki.
I to chyba jedyna zmiana jaką zauważyłam.
Wczesnym rankiem, czyli gdzieś tak koło południa, napiłam się kawy w tym samym kubku co zawsze.
Przelotem spojrzałam w lustro, a tam ta sama twarz co wczoraj. Ani starsza, ani młodsza. Na mądrzejszą też nie wyglądała.
Stary rok przez nikogo nie zatrzymywany poszedł sobie w siną dal, do krainy gdzie mieszkają wszystkie minione lata.
Szkoda, że nikt nie wie gdzie to jest...
Czy na pewno zaczął się dzisiaj nowy rok? Gdyby nie koncert noworoczny z Wiednia – nie uwierzyłabym.
Mam nadzieje, że ten rok będzie obfitował w wydarzenia, które warto zapamiętać i wspominać przez następne lata.
Czego sobie i Wam życzę.
I to chyba jedyna zmiana jaką zauważyłam.
Wczesnym rankiem, czyli gdzieś tak koło południa, napiłam się kawy w tym samym kubku co zawsze.
Przelotem spojrzałam w lustro, a tam ta sama twarz co wczoraj. Ani starsza, ani młodsza. Na mądrzejszą też nie wyglądała.
Stary rok przez nikogo nie zatrzymywany poszedł sobie w siną dal, do krainy gdzie mieszkają wszystkie minione lata.
Szkoda, że nikt nie wie gdzie to jest...
Czy na pewno zaczął się dzisiaj nowy rok? Gdyby nie koncert noworoczny z Wiednia – nie uwierzyłabym.
Mam nadzieje, że ten rok będzie obfitował w wydarzenia, które warto zapamiętać i wspominać przez następne lata.
Czego sobie i Wam życzę.
piątek, 26 listopada 2010
Oczywiste, a jednak zadziwiające :)
Listopadowy piątek powitał mnie słońcem.
Ja powitałam go, podobnie zresztą jak pozostałe dni w roku, kawą ze śmietanką.
Piłam ją przy wtórze odgłosów miasta za oknem, warkotu samochodów i betoniarki na pobliskiej budowie.
Na niebie srebrzyło się stado gołębi.
Zapowiadał się wspaniały dzień. Nie do końca dotrzymał słowa, ale bywało gorzej.
Po południu zaszczycił mnie wizytą przedstawiciel kościoła katolickiego.
- czy będzie pani brała opłatek? - spytał wyciągając w moim kierunku białą kopertę.
- czemu nie, mogę wziąć - i jak rzekłam tak uczyniłam.
Trzymam w ręce tę kopertę i patrzę na człowieka. Ten twardo stoi i czeka na coś.
- czy należy się coś za ten opłatek? - spytałam nieśmiało
- co łaska - poinformował rzeczowo. Tego się obawiałam.
- ale widzi pan - zaczęłam się tłumaczyć - nie mam w tej chwili ani grosza, bo to, bo tamto, bo nawet na chleb teraz nie mam.
Nie dokończyłam jeszcze mojego uzasadnienia niemożności wywiązania się z co łaski, jak facet wyrwał mi z ręki kopertę z opłatkiem, schował do teczki i oddalił się z Bogiem.
No niestety. Bez łaski nie ma opłatka.
Ja powitałam go, podobnie zresztą jak pozostałe dni w roku, kawą ze śmietanką.
Piłam ją przy wtórze odgłosów miasta za oknem, warkotu samochodów i betoniarki na pobliskiej budowie.
Na niebie srebrzyło się stado gołębi.
Zapowiadał się wspaniały dzień. Nie do końca dotrzymał słowa, ale bywało gorzej.
Po południu zaszczycił mnie wizytą przedstawiciel kościoła katolickiego.
- czy będzie pani brała opłatek? - spytał wyciągając w moim kierunku białą kopertę.
- czemu nie, mogę wziąć - i jak rzekłam tak uczyniłam.
Trzymam w ręce tę kopertę i patrzę na człowieka. Ten twardo stoi i czeka na coś.
- czy należy się coś za ten opłatek? - spytałam nieśmiało
- co łaska - poinformował rzeczowo. Tego się obawiałam.
- ale widzi pan - zaczęłam się tłumaczyć - nie mam w tej chwili ani grosza, bo to, bo tamto, bo nawet na chleb teraz nie mam.
Nie dokończyłam jeszcze mojego uzasadnienia niemożności wywiązania się z co łaski, jak facet wyrwał mi z ręki kopertę z opłatkiem, schował do teczki i oddalił się z Bogiem.
No niestety. Bez łaski nie ma opłatka.
wtorek, 23 listopada 2010
Chyba sama nie wierzę w to co piszę :))
Jak widać, wprowadziłam niewielkie zmiany na blogu. Nie wiem czy na tym poprzestanę, czy też zamieszam jeszcze bardziej.
Blogów wszelakich jest w sieci mnóstwo, albo jeszcze więcej :) Nie wszystkie są dobre, nie wszystkie są interesujące. Prawdę powiedziawszy większość jest nic nie warta.
Mnie jednak udało sie w tej wirtualnej, przepastnej otchłani znaleźć blogi bardzo oryginalne, ciekawe. Takich jest bardzo wiele, tylko czasami trudno do nich dotrzeć.
Jaki jest mój blog? No właśnie. Sama nie wiem. Nie wiem również jaki powinien być. Szczerze mówiąc nie mam pomysłu na bloga. Na tego bloga. Co do drugiego nie mam zastrzeżeń.
Wydaje mi się, że pisanie o wszystkim i o niczym nie ma sensu. Moje zmagania z szarą rzeczywistością, kłopoty rodzinne czy moje menu na śniadanie w czwartek raczej nikogo nie obchodzą. Mnie zresztą też tak średnio.
Blog musi być ciekawy dla jak najszerszego odbiorcy. Musi mieć konkretną tematykę, jednak nie ograniczona do bardzo specjalistycznych zagadnień, czy też, nie daj Boże, polityki. Tematy muszą być ciekawe dla prawie każdego, młodego i starego, mądrego i głupiego, kobiety i mężczyzny.
Tematyka musi być różnorodna, aby nie znudzić czytelnika, jednak połączona osobą autora, czyli teksty muszą być jedyne w swoim rodzaju.
Wokół bloga należy zgromadzić społeczność z tym blogiem związaną. Każdy blog bowiem ma swoich wiernych czytelników. Zadaniem blogera jest zgromadzenie ich jak najwięcej.
Tylko jak to zrobić? Wszystkie chwyty są tu dozwolone. Trzeba je tylko znać.
Można prowokować czytelnika. On to wbrew pozorom bardzo lubi. Może wtedy w komentarzu wyładować swoje frustracje, odreagować kłótnie z żoną, awanturę z szefem, czy też całkowity brak wzięcia u płci przeciwnej.
Prowokować jednak trzeba z głową. Oprócz prowokacji trzeba też mieć coś do powiedzenia i to najlepiej mądrego. Inteligencja bardzo się tu przydaje.
A, co ja tu będę dużo pisała! Aby prowadzić dobrego bloga trzeba być kimś.
Po prostu trzeba być KOMINKIEM! ( tak, tak, można klikać!)
Ludzie kochani, co ja piszę?!
Blogów wszelakich jest w sieci mnóstwo, albo jeszcze więcej :) Nie wszystkie są dobre, nie wszystkie są interesujące. Prawdę powiedziawszy większość jest nic nie warta.
Mnie jednak udało sie w tej wirtualnej, przepastnej otchłani znaleźć blogi bardzo oryginalne, ciekawe. Takich jest bardzo wiele, tylko czasami trudno do nich dotrzeć.
Jaki jest mój blog? No właśnie. Sama nie wiem. Nie wiem również jaki powinien być. Szczerze mówiąc nie mam pomysłu na bloga. Na tego bloga. Co do drugiego nie mam zastrzeżeń.
Wydaje mi się, że pisanie o wszystkim i o niczym nie ma sensu. Moje zmagania z szarą rzeczywistością, kłopoty rodzinne czy moje menu na śniadanie w czwartek raczej nikogo nie obchodzą. Mnie zresztą też tak średnio.
Blog musi być ciekawy dla jak najszerszego odbiorcy. Musi mieć konkretną tematykę, jednak nie ograniczona do bardzo specjalistycznych zagadnień, czy też, nie daj Boże, polityki. Tematy muszą być ciekawe dla prawie każdego, młodego i starego, mądrego i głupiego, kobiety i mężczyzny.
Tematyka musi być różnorodna, aby nie znudzić czytelnika, jednak połączona osobą autora, czyli teksty muszą być jedyne w swoim rodzaju.
Wokół bloga należy zgromadzić społeczność z tym blogiem związaną. Każdy blog bowiem ma swoich wiernych czytelników. Zadaniem blogera jest zgromadzenie ich jak najwięcej.
Tylko jak to zrobić? Wszystkie chwyty są tu dozwolone. Trzeba je tylko znać.
Można prowokować czytelnika. On to wbrew pozorom bardzo lubi. Może wtedy w komentarzu wyładować swoje frustracje, odreagować kłótnie z żoną, awanturę z szefem, czy też całkowity brak wzięcia u płci przeciwnej.
Prowokować jednak trzeba z głową. Oprócz prowokacji trzeba też mieć coś do powiedzenia i to najlepiej mądrego. Inteligencja bardzo się tu przydaje.
A, co ja tu będę dużo pisała! Aby prowadzić dobrego bloga trzeba być kimś.
Po prostu trzeba być KOMINKIEM! ( tak, tak, można klikać!)
Ludzie kochani, co ja piszę?!
poniedziałek, 1 listopada 2010
Spotkanie z cieniami

Widzę cienie bliskich mi kiedyś ludzi. Pamięć przywołuje obrazy z przeszłości. Takie wyraźne, nietknięte przez czas. Zatrzymane na zawsze. Jak na fotograficznej kliszy.
Grób Krzysi.
Krzysia była młodszą siostrą Marysi, koleżanki mojej mamy. Marysia była częstym gościem w naszym domu, prawie domownikiem. Wiele lat temu byłyśmy z mamą na imieninach Marysi. Jej siostra Krzysia stała oparta plecami o ciepły piec w pokoju i uśmiechała się. Ktoś z gości zapytał, kiedy wyjdzie za mąż? Krzysia odpowiedziała: siostra jest starsza i ma pierwszeństwo.
Marysia nigdy nie wyszła za mąż. Krzysia powiesiła się.
Pięknie wyglądała w trumnie, w białej sukni, przykryta białym welonem.
Grób Włodka.
Kolega ze szkoły. Pięknie grał na gitarze, pięknie śpiewał. Razem z gronem przyjaciół spędzaliśmy u niego w domu prawie każdy wieczór. Była muzyka, długie filozoficzne rozmowy, było wino, były papierosy Carmeny. Potem była ciężka choroba. Włodek odpłynął we własny wewnętrzny świat. Trudno było się z nim porozumieć. Stale pytał, która jest godzina? Dlaczego to było dla niego takie ważne? Żył 33 lata...
Duży grobowiec. Dalsza rodzina, z którą jednak utrzymywaliśmy bliski kontakt.
Wujek Mietek, taksówkarz, zmarł na raka. Przyjaciel mojego ojca.
Pogrzeb Mietka był w styczniu. Była piękna pogoda, słonecznie i cieplutko. W dniu pogrzebu, nagle i bez zapowiedzi, przyjechał mój ojciec. Powiedział, że nie wie dlaczego przyjechał, po prostu musiał. Wtedy powiedzieliśmy mu o pogrzebie Mietka. Przeczucie? Telepatia? Jednak Mietek wezwał jakimś sposobem mojego ojca na swój pogrzeb...
Siostra Mietka, Władzia, również zmarła na raka. Była piękna, wesoła, zawsze zadowolona z życia. Mieszkała z drugim mężem w małym mieszkanku. Bywałam tam częstym gościem. Ciocia, już wtedy bardzo chora, siedziała przy stole w kuchni, a wujek szykował poczęstunek, herbatę.
Pamiętam jak pewnego roku ciocia smażyła pączki. Pływały w tłuszczu, w wielki rondlu. Ciocia Władzia poprosiła wujka, żeby sprawdził, czy nie trzeba ich już wyjmować. Wujek podszedł do pieca, zajrzał do rondla , odwrócił się w naszą stronę i powiedział: chwileczkę, skoczę tylko do piwnicy po widły!
Pączki były rzeczywiście ogromnych rozmiarów :) Ale pyszne.
Byłam na pogrzebie cioci. Trumna stała w pokoju. Nie pamiętam ubrania cioci, nie pamiętam jak wyglądała. Pamiętam jednak pewien drobny szczegół. Paznokcie. Ciocia miała zawsze bardzo wypielęgnowane paznokcie, o pięknym migdałowym kształcie, pomalowane lakierem. I właśnie wtedy zwróciłam uwagę na te paznokcie. Miały piękny kształt, delikatny lakier . Niestety z końców paznokci lakier odprysnął. Pomyślałam wtedy, że ciocia nigdy publicznie nie pokazywała się z takimi zaniedbanymi paznokciami. Dlaczego nikt nie zmył tego lakieru...
Ojciec Władzi, zmarł na raka. Byłam wtedy małą dziewczynką. Pierwszy raz poszłam do domu żałoby. Pierwszy raz widziałam nieboszczyka. Niewiele już pamiętam z tego dnia. W pamięci utkwił mi obraz cioci Heni, żony wujka Mietka, stojącej w pokoju, w pobliżu trumny. Opierała się o łóżko i wyglądała jak anioł. Szczupła blondynka o delikatnej urodzie, z małą błękitna blizną pod lewym okiem. Ślad po wypadku motocyklowym. Ma tę bliznę do dzisiaj. Mieszka niedaleko mnie. Widujemy się prawie codziennie. Właśnie skończyła 89 lat. Wygląda w dalszym ciągu jak anioł. Opiekuje się prawnukami, gotuje obiady. I uśmiecha się cały czas. Ostatnio jednak mi powiedziała, że wszystko się Panu Bogu udało, ale starość się nie udała...
czwartek, 28 października 2010
Dzień wspomnień o tych, którzy podarowali nam życie.

Za kilka dni tłumnie zjawimy się na cmentarzach. O czym będziemy myśleć, przechodząc między jasno oświetlonymi grobami? Zapewne każdy o czym innym. Będą pewnie i tacy, którzy pomyślą: czy dostatecznie dużo zniczy kupiliśmy ? Może sąsiad ma ładniejsze kwiaty ? Czy wszyscy widzą mój nowy kapelusz ?
Dla mnie ten dzień jest dniem wspomnień o tych, którzy towarzyszyli mojemu dzieciństwu i młodości, a których już nie ma. Pamięć o tych ludziach nie może zaginąć, bo to by znaczyło, że ich życie nie miało znaczenia. A przecież miało, oni żyli, cierpieli, cieszyli się, byli komuś potrzebni, cenili życie. Życie musi się kiedyś skończyć, ale pamięć nie. Przekazujemy ją z pokolenia na pokolenie. Pamięć nie umiera nigdy.
Jako małe dziecko nie wiedziałam, że istnieje śmierć. Byli rodzice, dziadkowie i ja. Myślałam, że tak będzie zawsze. Kiedy zrozumiałam, że ludzie jednak umierają, bałam się chodzić na cmentarz. Dzień Wszystkich Świętych był dla mnie dniem ponurym i strasznym, pełnym przechadzających się po ciemnym jesiennym ogrodzie duchów.
Jako osoba dorosła wspominam te duchy i tęsknie za nimi.
Myślę o braciach mojej mamy, którzy zginęli w czasie wojny jako młodzi chłopcy. Nigdy ich nie poznałam, ale są mi bardzo bliscy. Tyle o nich wiem!
Wspominam moich przodków, znanych tylko ze starych fotografii i opowieści, których wiele wysłuchałam w dzieciństwie. Trzeba znać historię rodziny. To są nasze korzenie. Bez nich bylibyśmy ludźmi znikąd, bez przeszłości, bez pamięci, bez uczuć.
Pierwszą śmierć w rodzinie pamiętam jak przez mgłę. Miałam wtedy niespełna cztery lata i rodzice starali się oszczędzić mi widoku śmierci. Zmarła wtedy moja prababcia, Rozalia. Pamiętam z tych dni tylko to, że nie spaliśmy w domu, że przed domem stało czarne wieko od trumny i dziwnie pachniało wokoło. W tamtych czasach zmarli czekali na ostatnią drogę w rodzinnym domu, wśród bliskich a nie w szpitalnej kostnicy lub domu pogrzebowym. Na dużym stole w salonie stała otwarta trumna. Po obu stronach stały zapalone gromnice. Okno było szczelnie zasłonięte, podobnie jak wszystkie lustra i zegary. Nie wolno było w tym czasie zamiatać, aby przypadkiem nie potrącić przebywającej jeszcze w domu duszy.
Nie widziałam mojej prababci w trumnie. Pamiętam ją siedzącą przy stole w kuchni, drobniutką, ubraną na czarno staruszkę. I taka pozostanie na zawsze w mojej pamięci.
Moja babcia, matka ojca, Maria, zmarła nagle mając zaledwie 60 lat. Była niewiele starsza niż ja teraz - a mnie , ośmioletniej dziewczynce , wydawała się stara. Pamiętam ją w domu w Milowicach, w tak zwanym „familoku”, jak się krząta po kuchni i piecze ciasto drożdżowe z ogromną ilością posypki. Czuję jeszcze smak i zapach tego ciasta. Nigdy już takiego nie jadłam. Widzę ją , jak z uśmiechem wchodzi rano do pokoju i woła radośnie – „dzieńdoberek !”. Dzieńdoberek, babciu...
Następne rozstania na zawsze, przeżyłam już jako osoba dorosła. Muszę przyznać, że były to rozstania o wiele trudniejsze niż w dzieciństwie. Nieodwracalność tego faktu odczuwałam boleśniej. Odchodzili dziadkowie, przyjaciele, znajomi, którzy towarzyszyli mojemu życiu od początku, byli przy mnie od zawsze. Ich odejście oznaczało koniec pewnej epoki, zamkniecie kolejnego rozdziału mojego życia, mojej drogi.
Moje dzieciństwo tak naprawdę odeszło w przeszłość w dniu śmierci mojego ojca, pięć lat temu. Nie ma już osoby, która wiedziała o moim dzieciństwie wszystko, od której mogłam usłyszeć opowieści o zdarzeniach, których moja pamięć nie uchwyciła. O moich przodkach wiem tylko tyle ile zapamiętałam. Pamięć jest ulotna, a mojego ojca już o nic nie mogę zapytać......
1 listopada zapalę świeczkę za wszystkie dobre duchy, które mnie otaczają, prowadzą przez życie, ochraniają, które wskazały mi drogę, nauczyły żyć. Zapalę świeczkę wszystkim zmarłym w podzięce za to, że byli. Zapalę świeczkę dlatego, że pamiętam.
piątek, 22 października 2010
Doba nie balon...nie pęknie :))

Biegnę przez życie jak ten Struś Pędziwiatr. Nie mogę się zatrzymać. Nawet starość nie może mnie dogonić. Ale cóż, starość jest powolna to i nie dziwota.
Zmęczenie daje czasem znak, że może już pora klapnąć na chwilkę na tyłku i odsapnąć. Dobrze, dobrze. Zdążę jeszcze odpocząć. Teraz jednak pora na działanie. Trzeba w końcu coś z tym moim życiem zrobić, aby za parę lat nie stwierdzić, że było do dupy.
Tylko ten czas jakiś taki sztywny, zupełnie nie skłonny do współpracy. Ograniczony jakiś :)
A tu trzeba na gwałt przygotować jakie takie podstawy dla spokojnej, dostatniej i radosnej jesieni życia.
Z pisania nie wyżyję. Nie jestem Agatą Christie, nad czym bardzo ubolewam.
Pracy już raczej nie zmienię na lepiej płatną. Stara baba przed emeryturą nie ma wzięcia u potencjalnych pracodawców. Nawet jeżeli wygląda jak gwiazda filmowa.
Postanowiłam wziąć swój los we własne ręce. Słaba kobieta ze mnie, ale może udźwignę?
Aby jednak wcielić w życie moje plany muszę zdać egzamin. Tak. Egzamin! A myślałam, że mam to już dawno za sobą. Się myliłam :)
Pomyłki drogo kosztują. W tym przypadku ponad 500 złotych. Tyle bowiem kosztuje ( nie licząc innych kosztów) egzamin na certyfikat księgowy. Aby uzyskać ten certyfikat, muszę zdać egzamin. Nie posiadam niestety wykształcenia o kierunku rachunkowość. Wybrałam idiotyczny kierunek studiów a dyplom, do niczego mi nie potrzebny, schowany w szufladzie, dostał już pewnie odleżyn.
Tak więc po trzydziestu prawie latach pracy w księgowości, główna księgowa będzie zdawać egzamin. Przejrzałam przykładowe testy. Łatwizna!
Trochę jednak przygotować się trzeba. Przepisy tak często się zmieniają, że trudno nadążyć. Śledzę zmiany, ale przecież nie wszystkie, bo nie wszystkie są mi potrzebne w pracy.
Tak więc pracuję, piszę, wgryzam się w zawiłości rachunkowości, prawa podatkowego i wielu innych równie fascynujących zagadnień. Uczęszczam na kurs angielskiego. Prowadzę dom. Niańczę wnuczkę. Czasami nawet czytam książki.
Sama nie wiem za co się zabrać, co jest ważniejsze. Stwierdzam, że wszystko jest najważniejsze! Nic tylko się rozerwać!
Ale co tam. Najważniejsze, że pewne sprawy zaczynają się układać tak jak powinny.
Bywają noce i dnie. Bywają też niedziele. Do mojego życia zbliża się chyba taka niedziela. Najwyższy czas.
poniedziałek, 20 września 2010
Nie obchodzę urodzin. One jednak o tym nie wiedzą i dopadają mnie każdego roku . Tak jak dziś...

Przez całe moje dotychczasowe życie, może wyłączając okres dzieciństwa, planowałam swoja przyszłość, kolekcjonowałam marzenia i czekałam na ich spełnienie.
Teraz jednak dotarła do mnie gorzka prawda.
Nie ma już czasu na plany – trzeba zacząć żyć.
Planowałam, planowałam – i oto dzień dzisiejszy jest rezultatem tych moich nieudolnych planów.
Co zrealizowałam to mam.
Strach mnie ogarnia kiedy sobie pomyślę, że zapomniałam o realizacji planów i marzeń, oczekując na cud. Zdawało mi się, że każdy nowy plan jest lepszy od poprzedniego. Po co więc realizować to co jest tylko namiastką szczęścia?
Teraz jednak wydaje mi się, że nawet tę lichą namiastkę przegapiłam.
A może jednak to co mam, to jest właśnie szczęście.? Może ono właśnie tak wygląda, tylko ja go nie poznałam?
Może to moje szczęście jest takiej jakiejś mizernej postury i nie rzuca się w oczy? Chodzi za mną krok w krok, wierne jak pies i tylko moje na zawsze.
Prowadzi mnie przez życie, wskazuje drogę, rozjaśnia mrok.
Cały czas było przy mnie, takie zwyczajne i malutkie, a ja patrzyłam cały czas wysoko przed siebie szukając wielkiego szczęścia, które nawet gdyby mnie nadepnęło to by mnie nie zauważyło.
Muszę jakoś przeprosić to moje zaniedbywane maleństwo. Może mi wybaczy i zaczniemy w końcu żyć dniem dzisiejszym, nie planując. Co ma być to i tak będzie.
Podobno przydarza nam się tylko to czego oczekujemy.
Będzie dobrze.
To moje szczęście może i niewielkie, ale z powodzeniem starczy mi go do końca życia. A jeżeli będę o nie dbała, to może nawet urośnie?
Z ostatniej chwili
Nie ma tego złego...
Właśnie przeczytałam na Onecie artykuł o Eugeniuszu Bodo, napisany przez jakiegoś dziennikarskiego geniusza. No bo któż inny wymyśliłby taki tytuł? " Idol pensjonarek, kobiet i starszych pań"
Wychodzi na to, że trzeba się zestarzeć, aby zostać Panią :)
Wiadomo przecież, że pensjonarki nie są kobietami, a kobiety nie są paniami.
Tak przynajmniej to widzi autor tekstu. Może ma zeza? :)
sobota, 18 września 2010
Nie ma jak u mamy

Przyczyna mojej nieobecności w tym miejscu jest złożona.
Składa się mianowicie z takich oto elementów:
- nie mam czasu,
- byłam chora,
- nie chce mi się.
Niechciejstwo jest moim podstawowym prawem, którego nie pozwolę sobie odebrać ani ustawą, ani siłą.
:)
Dlatego też zastrajkowałam. Nie robię w domu nic. Odpoczywam.
Osierocone towarzystwo snuje się bezradne po domu, jak dzieci we mgle.
Skąd się bierze jedzenie?
Co zrobić, żeby brudne rzeczy stały się znowu czyste?
Jak ugotować obiad? Gdzie się kupuje mięso? Po czym poznać, że to jest właśnie mięso? Przecież na talerzu wygląda zupełnie inaczej niż w sklepie!
Chyba brudni i nieszczęśliwi umrą niedługo z głodu.
No, chyba że zakończę strajk. Jednak zanim to zrobię jeszcze trochę poobserwuję te ofermy życiowe. Toż to lepsze niż telewizyjne seriale!
czwartek, 9 września 2010
Egzystencjalna zagadka.
piątek, 20 sierpnia 2010
Nie mam stajni dla Pegaza :)

Jeszcze nie zwariowałam. I to jest dziwne, bo powinnam. Wskazywały na to wszystkie znaki na niebie i ziemi. A tu proszę, jestem przy zdrowych zmysłach, zdrowych nerwach ( no, może trochę nadszarpniętych ).
Ciężko się pracuje w domu pełnym ludzi. Różnych ludzi, w różnym wieku, o różnym stanie psychicznym. Ci wszyscy dziwni ludzie nazywają się rodziną. A dom, w którym jest tylu członków rodziny, nazywa się domem wariatów. :)
Nie wiem jakim cudem udało mi się coś napisać. Męka to jednak była okrutna.
Marzy mi się wyjazd w miejsce odludne, na wieś. Chętnie zamieszkałabym w starym dworku szlacheckim, obrośniętym dzikim winem, otoczonym ogrodem, z werandą, na której mogłabym wypić rano aromatyczną kawę. Cisza, spokój, twórcza atmosfera....
Najchętniej jednak zamieniłabym mieszkanie na nieco większe. Mieszkańcy mnożą się jak króliki, a chata coraz mniejsza. Codziennie się dziwię, jak my się wszyscy mieścimy?
W komentarzu pod poprzednią notką zapytano mnie o czym będzie scenariusz.
Niestety, tego zdradzić nie mogę. Konkurencja nie śpi :) A dobre pomysły w tej branży są warte miliony. Nie mogę więc nic więcej napisać, dopóki scenariusz nie zostanie zatwierdzony, zaklepany, zakupiony, zarejestrowany, zabezpieczony i wiele, wiele innych za. Ewentualnie do czasu, kiedy nie zostanie wyrzucony do kosza. Taka ewentualność też istnieje.
Teraz moja praca podlega konsultacjom wszelakim, analizie scena po scenie i krytyce, która jest nieodzownym elementem tego etapu.
Scenariusz to są obrazy. Wszyscy, którzy go czytają muszą zobaczyć to samo co ja.
Jeżeli tego nie widzą, znaczy scenariusz jest do bani. Albo scenarzysta :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




