środa, 27 stycznia 2010

Chwila relaksu...czyli o tym jak madame próbowała latać na miotle.


Pewnej nocy madame poczuła się źle. Postanowiła wstać i podreptać do kuchni po szklankę mleka. Była w domu sama.
Madame nalała sobie mleczka do szklanki i rozpoczęła wędrówkę do sypialni. Przechodziła właśnie do przedpokoju, akurat w miejscu gdzie stały różne klamoty, drabina, miotły i mopy. ( niech tu postoją, schowam je później - powiedział M.) W tym właśnie momencie madame usłyszała w swojej głowie jakiś dziwny szum i ogarnęła ją słabość. Co było dalej nie pamięta.
Kiedy otworzyła oczy zobaczyła okno a za oknem drzewa. Była przekonana, że to okno sypialni. Popatrzyła na nie i chciała się przeciągnąć w łóżku, ale poczuła ostry ból. Wtedy dopiero zauważyła, że okno jest takie jakieś małe, jakby kuchenne a łóżko wyjątkowo twarde.
Okazało się, że madame leży na podłodze między kuchnią a przedpokojem, głowę ma w otwartej szafie, między nogami miotłę, a przykryta jest wielką, ciężką metalową drabiną. Pupę natomiast ma zanurzoną w kałuży rozlanego mleka. Wstać nie było łatwo. Nie można się ruszyć z bólu, a tu przecież trzeba podnieść drabinę. Jakoś udało się wydostać i położyć na łóżku. I to wszystko. Przewrócić się na drugi bok już nie dała rady.
Kiedy M. wrócił do domu zobaczył widok opłakany. Madame z rozbitą głową, z zaschniętymi stróżkami krwi na policzkach, jęcząca: zabiłam się!!. Jakoś udało się M. przetransportować mnie do lekarza.
Po prześwietleniu okazało się, że złamane są dwa żebra. Były również ogólne stłuczenia, podbite oko, rana na głowie, ogromny siniak na ramieniu. Biedny M. został posądzony o maltretowanie żony. Wszystkie maltretowane żony twierdzą, że spadły ze schodów!- powiedziała pielęgniarka. Wytłumaczyłam jej grzecznie, że miałam tylko awarię miotły. Jednym słowem wywołaliśmy wielką sensacje w rejonowej przychodni.
Na drugi dzień kupiliśmy wszystkie gazety w przekonaniu, że na pewno nas opisali. Niestety nie. A szkoda. Ale ja nie mogłam się ruszać przez miesiąc.
Spróbujcie kichnąć przy złamanych żebrach!!

wtorek, 26 stycznia 2010

Byle do emerytury :)



No cóż. Nie będę ukrywać faktu oczywistego, że pustkę literacką w głowie mam.
Przez wiele dni i wieczorów wirują mi przed oczami zastępy cyferek, które staram się jak mogę umieścić w ciasnych rubryczkach citów i pitów, zgrupować w aktywach i pasywach.
A rozbrykane towarzystwo niemiłosiernie! Zapanować nad nim nie jest sprawą łatwą. Przyjemnością tego również bym nie nazwała.
Znam wiele innych przyjemności, dużo bardziej pożądanych. Na przykład leżenie na kanapie w towarzystwie kolorowych, mięciutkich poduszek, z filiżanką pachnącej kawusi w łapce. Słuchanie muzyki, oglądanie filmów. Powiecie, że to nie są aż takie przyjemności? Może rzeczywiście nie o takie mi chodziło, ale są to jak na razie jedyne dostępne dla mnie.
Czytanie odpada. Oczy mam już tak zmęczone ślęczeniem przed monitorem, że bardziej udaję, że widzę, niż widzę cokolwiek rzeczywiście. Gdyby nie kropelki – sztuczne łzy – nie byłabym w stanie mrugać.
Oczywiście, że można jeszcze oczy zamknąć. Wtedy jednak uruchamiają się, uśpione chwilowo, myśli, wspomnienia, marzenia i różne tego typu duperele. Nie mam na nie teraz ochoty. Pewnie dlatego nie mogę w nocy spać. A głupie sny mnie nawiedzają, kiedy już na chwilę odlecę z objęć świadomości!
Takie idiotyczne miejsca odwiedzam, dziwnych ludzi spotykam i taki wir zdarzeń nie z tej ziemi mnie porywa, że budzę się z wielka ulgą i z radością zabieram się za księgowe zawiłości. Przynajmniej tu wszystko jest proste, logiczne i mądre. Pożyteczna i satysfakcjonująca praca. Satysfakcja nie jest jednak z tych , które przekładają się na zawartość portfela. Niestety. Nie przyciągam pieniędzy.
Za mało we mnie magnetyzmu, czy co?

czwartek, 21 stycznia 2010

Walka z wiatrakami :)

Cuda, dziwy na tym świecie! Doba mi się skurczyła!
Nie mogę wcisnąć w nią wszystkich zaplanowanych zajęć, a tym bardziej tych nieplanowanych, których dziwnym trafem przybywa.
Wszyscy mówią o globalnym ociepleniu, a nikt nie zauważył globalnego przyspieszenia czasu. Jak nic, przyspieszył. No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że obchodzę dzisiaj Dzień Babci? Ja? Jak to jest możliwe?!
Przecież jeszcze niedawno obchodziłam dzień dziecka! Potem Dzień Kobiet, Dzień Matki. Wreszcie i Dzień Babci mnie dopadł.
Teraz to już pozostał mi tylko Dzień Zmarłych.
Widocznie taka kolej rzeczy. Chętnie bym wysiadła, tylko nie wiem jak :))
Są jednak dobre strony faktu bycia babcią. Takie oto piękne laurki dostałam dzisiaj od moich wnuczków.






Z roku na rok moja kolekcja się powiększa. Żeby tylko ten czas trochę zwolnił...

piątek, 15 stycznia 2010

W krainie Królowej Śniegu.




Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Szczypie w nosy, szczypie w uszy
Mroźnym śniegiem w oczy prószy,
Wichrem w polu gna!
Nasza zima zła!

Pamiętacie ten wierszyk z dzieciństwa? A pamiętacie zimy z tamtych lat? Ja pamiętam.
Jak zima zaczęła się w listopadzie tak trzymała do marca. Przez całą zimę jeździłam na łyżwach koło domu, na ulicy. Nie było wtedy zwyczaju sypania jezdni solą. Leżał na niej ubity, biały śnieg. Samochodów było bardzo mało. Codziennym widokiem były sanie ciągnięte przez parę koni.Zwykle za takimi saniami ciągnął się łańcuszek dzieciaków na łyżwach. Pierwsze dziecko chwytało się sań, następne trzymały się za ręce i można było tak jechać i jechać, przez całą ulicę, trzęsąc się przy tym niemiłosiernie, ponieważ pod ubitym śniegiem były kocie łby. Czy ktoś jeszcze wie co to takiego?
Bałwan ulepiony na podwórku przed domem stał tam tygodniami, czasem aż do wiosny.
Mróz malował piękne kwiaty na szybach. Od lat takich nie widziałam.
Były zimy stulecia, był okropny mróz, zamarzały nam rury, nie było opału. Mnie,jako dziecku,jakoś to wcale nie przeszkadzało. Ale za to jaka przednia zabawa była w tunelach przekopanych w wysokim śniegu! Co znaczy zwykłe odśnieżenie ścieżki w porównaniu z przekopaniem się przez metrowe zaspy, aby w ogóle można było wyjść z domu i dotrzeć do ulicy!
W czasie takiej zimy stulecia, w 1978 roku urodziła się moja córka. Przebierałam ją i kąpałam w domu, w którym temperatura nie była wyższa niż 15 stopni, wychodziłam na spacery w czasie mrozów dochodzących do minus 28 stopni. Tak się zahartowała, że do tej pory nie choruje! Podobnie zresztą jak i ja, wychowana w tym samym ogromnym i zimnym domu.
Zimno konserwuje. Pewnie dlatego tak świetnie wyglądam.:-)) A twarz, od dziecka, myję tylko w zimnej wodzie. Polecam! Zmarszczki boją się zimna.
To co? Idziemy na spacer? Przecież my się zimy nie boimy!

wtorek, 12 stycznia 2010

Wieczne zmartwienie...

Dzisiaj z mojego portfela wymiotło 400 złotych.I to bynajmniej nie z powodu zawiei czy zamieci śnieżnej. Wielogodzinne przesiadywanie przed komputerem bardzo osłabiło mój wzrok.Choruję na jaskrę, mam zniszczone nerwy wzrokowe i w ogóle nie powinnam pracować, a tym bardziej jako główna księgowa. ZUS jednak był innego zdania. W ciągu kilku chwil pobytu na komisji lekarskiej zostałam całkowicie uzdrowiona! Cud po prostu :-)
Teraz jednak musiałam zainwestować w nowe okulary, aby jeszcze za parę lat zobaczyć w lustrze jak się starzeję.
Bardzo przygnębiona wracałam od optyka. Dlatego wstąpiłam do pierwszego lepszego sklepu z kosmetykami. W tym przypadku sklep okazał się tym lepszym. Ale nie jestem przecież drobiazgowa. Najtańsza pomadka kosztowała 40 złotych. Nabyłam. Co znaczy 40 złotych dla kogoś,kto lekką ręką daje na okulary 400 złotych?
Odbieram je w czwartek. Nareszcie będę mogła widzieć to co piszę :-)
Tak. Choroby chodzą po ludziach. Tylko dlaczego chodzą po dzieciach?
U mojego wnuczka przy okazji bilansu dziesięciolatka wykryto skoliozę.
Jestem załamana. Nie byliśmy z nim jeszcze u ortopedy, ale jestem już pełna obaw.
Obawiam się, że to jest dziedziczne. A jest przecież jeszcze dwoje dzieci, w tym roczna wnuczka!
Wiem co to za straszna choroba. U mojego zięcia wykryto ją w wieku dziecięcym i żadne ćwiczenia i rehabilitacja nic nie dały. W wieku 14 lat miał operację. Udała się, kręgosłup wyprostowano. Niestety wdało się jakieś zakażenie, z winy szpitala, i trzeba było usunąć metalowe części. W tej chwili boryka się z różnymi dolegliwościami związanymi z chorobą. Nie wspomnę już o wyglądzie.
Jeżeli jego małego synka czeka to samo? A co z wnuczką?
Moja córka wczoraj powiedziała, że dziecka nie zamieni na inne, nawet jeżeli będzie miało garba...
A życie, nie zważając na nic, toczy się dalej...

sobota, 9 stycznia 2010

Zaczęło się od zalewajki :)

Przy okazji prac wykopaliskowych w zapomnianej szafce natknęłam się na relikt z przeszłości. Stary, zakurzony zeszyt. Zaglądam ci ja do niego i oczom nie wierzę. Toż to powieść!Zupełnie już zapomniałam, że ja coś takiego dawno temu napisałam. Ależ ja miałam wyobraźnię! Teraz by mi się taka przydała. Bo ta moja dzisiejsza wyobraźnia jakaś taka stępiona, nie wiedzieć czemu. Pewnie dlatego, że dzisiaj już wiem co jest możliwe, a co nie.
Pisałam od zawsze. Pierwsze moje próby literackie to były wiersze. Pewnie na skutek lektury podsuwanej mi przez dziadka, profesora polonistę. Czytałam Słowackiego, Mickiewicza, Byrona.
Kiedy miałam może dziesięć lat napisałam wspólnie z bratem poemat o skwarku pływającym po złocistej zalewajce!
W późniejszych latach dziecięcych namiętnie pisywaliśmy kryminały. Zachowało się kilka."Brylantowa kolia", "Spotkanie pod kapliczką" Muszę uczciwie przyznać, że dzisiaj nie potrafiłabym tak pisać.
Następne w kolejności były "powieści" w stylu "Trędowatej" lub "Witaj smutku". Pisałam wtedy na akord, wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach. Styl, dialogi ( nauka dziadka!) doskonałe. Zdarzało mi się czytać książki na dużo gorszym poziomie.
A teraz? Męczę się nad jedna książką od dłuższego czasu. Pewnie to doświadczenie życiowe tak mnie ogranicza. Za dużo przeżyłam, za dużo przeczytałam i za bardzo boję się krytyki, o której dawniej nie miałam pojęcia i w ogóle się nią nie przejmowałam.
Może dzisiaj zrobić tak samo?

wtorek, 29 grudnia 2009

Sylwestrowe dylematy

Po świątecznym lenistwie wracam do codziennych obowiązków. Przyznam, że niechętnie. Pocieszam się tylko tym, że za dwa dni sylwester.
Tylko czy ja się słusznie cieszę? Na wielki bal się nie wybieram, prywatki emeryckiej w domu nie urządzam, nie znalazł się ani jeden samotny dziadek, który zaprosił by mnie na zabawę. Może to i lepiej, bo co to za zabawa z dziadkiem :-)
Syn wybiera się na kilka dni do Wiednia, córka spędzi ten dzień z dziećmi, były mąż jak zwykle opije się jeszcze z samego rana. Więcej kandydatów do towarzystwa jakoś nie widzę. Spędzę więc ten wyjątkowy wieczór sama. W domu.
Szkoda tylko, że nasza telewizja nie przewidziała programu dla takich dziwaków jak ja. Przecież nie będę słuchała zwariowanej ,tanecznej ,nowoczesnej muzyki przez kilka godzin, siedząc w fotelu. Zatańczyć mogę jedynie z miotłą.
Jakie to szczęście, że umiem czytać :-))
A czytać będę to:



Chociaż wolałabym...

sobota, 19 grudnia 2009

Straszne skutki sklerozy :-)

Skutki przepracowania nie dały długo na siebie czekać.Wśród niezliczonej ilości spraw na mojej głowie, wielkiej liczby informacji do zapamiętania, zapodziało mi się hasło do mojego bloga. Nie byłoby to jeszcze takie straszne. Zawsze można odzyskać. Pod warunkiem, że pamięta się login. A ja niestety zapomniałam i to!
Kto szuka, ten znajdzie. Znalazłam i ja. Ale co się naszukałam to moje :-))
Moje życie zmierza chyba w dobrym kierunku. Wiele krzywych spraw nagle i niespodziewanie wyprostowało się.
Spokój zagościł w moim sercu.
Boję się to nazwać szczęściem, żeby nie zapeszyć. Z wielką ulgą przyjęłam tę zmianę
Zmiany na lepsze przyjmuję z otwartymi ramionami, całą sobą.
Teraz już mogę cieszyć się nadchodzącymi świętami.
Wydaje mi się jednak, że sama radość tutaj nie wystarczy. Trzeba się ostro zabrać do roboty. Mieszkanko doprasza się świątecznego błysku. Lodówka niecierpliwie oczekuje na smakołyki. Tylko mój portfel udaje, że o niczym nie wie. Chudy jakiś.... Za to z przegródki uśmiecha się karta kredytowa. Ta to jest zawsze gotowa do pomocy! Trudno ją utrzymać w zamknięciu. Uwielbia zakupy. I to nas łączy....
Nadchodzi czas powrotu do krainy dzieciństwa i zapachów, które pamięta się przez całe życie.
Pierwszym zapachem, który zwiastował święta był zapach świerku, prawdziwej, żywej choinki.
Kupiona kilka dni przed świętami, stała w śniegu przed domem i czekała na swój wielki dzień, kiedy bogato przystrojona rozbłyśnie światłami na honorowym miejscu w salonie.
Szeroka, wysoka do sufitu, jasna, pachnąca i ciepła- dumna jak gospodyni tego jedynego wieczoru.
Kulminacyjnym momentem przygotowań do świąt, zwłaszcza dla dzieci, była chwila kiedy nareszcie ze strychu zniesione zostało wielkie pudło, zakurzone, oplecione pajęczynami, pełne tajemnic przeszłości.
Zamknięte w nim były wszystkie minione Święta Bożego Narodzenia.
Przywracaliśmy do życia ażurowe koszyczki z delikatnej bibułki, jabłuszka i gruszki sklejane z płatków cieniutkiej bibułki i z opłatków , pawie oczka z kolorowego papieru, gwiazdy, wisiorki z koralików słomki i bibułkowych kokardek, łańcuchy, jeżyki z wydmuszek- skarby gromadzone latami, efekt wielu pracowitych wieczorów spędzonych przy wycinaniu i sklejaniu tych cudeniek, na których pozostał ślad wielu kochanych dłoni, których już nie ma.
Dotykając tych zabawek łączymy się z nimi w ten wyjątkowy wieczór i magiczną noc, która jest ponadczasowa. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość łączą się i istnieją równocześnie.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Nie miała baba kłopotu....biznes women została :)

Blogi mnożą mi się jak króliki i po blogosferze sobie samopas hasają.
Nie mam czasu. No nie mam czasu na przyjemności, na rozrywkę. Trzy etaty do obskoczenia!
A przecież trzeba jeszcze po drodze wpaść do fryzjera, kosmetyczki czy sklepu. Jeżeli już nie po chlebek to z pewnością po kosmetyki. One zawsze dodają mi siły do pracy i apetytu na życie.
:-)
Byle do świąt...wtedy na kilka dni zalegnę na kanapie i żadna siła mnie stamtąd nie ruszy.

Zaniedbuję również moje liczne roślinki domowe. Aż się dziwię, że ten biedak wypuścił, pierwszy raz, pączka. To podobno jakaś róża, ale wygląda jak pokrzywa :-))

niedziela, 6 grudnia 2009

Kraina Świętego Mikołaja

Mikołaj do mnie nie przyszedł. Pewnie dlatego, że nie napisałam do niego listu.
Trudno. Jutro sama sobie kupię prezent. Kilka dobrych książek.
Wiem jednak z pewnego źródła, że do moich wnuków już jedzie. Od wieków wiadomo przecież, że Mikołaj mieszka tylko w krainie dzieciństwa. Ja już dawno się z niej wyprowadziłam i jak dotąd nie udało mi się odnaleźć drogi powrotnej. Prawdopodobnie już jej nie ma...

czwartek, 3 grudnia 2009

Kobieta pracująca.

Okazało się, że ani z księgowości, ani z pisania książek wyżyć się nie da.
Jak już się okazało, madame zakasała rękawy i zabrała się za biznes.
Podobno "lepsze deko handlu, niż kilo roboty". Właśnie to sprawdzam.
Poznaję różne bardzo dziwne przedmioty. Nie wiedziałam, że takie istnieją, a tym bardziej, że mogą być komuś potrzebne. A tu się okazało, że są!
Dowiedziałam się co to jest taśma "cenówka", jak wygląda i do czego służy. Kupiłam pomarańczową :-)
Wieczorami jednak wracam do książki,żeby mnie ten handel całkiem nie wyjałowił intelektualnie i nie pozbawił wrażliwości artystycznej.
A życie toczy się swoim torem, to znaczy tam gdzie chce i jak chce. Zawsze krętymi drogami i po wybojach. Taki życiowy bieg na orientację.
Coraz mniej czasu dla siebie. Kradnę chwile, zamykam drzwi zostawiając za nimi cały świat.....i słucham muzyki.

poniedziałek, 30 listopada 2009

Babcia na godziny.

Czy ja już pisałam, że nie powinnam nic planować? Pisałam.
No to właśnie dzisiaj sobie zaplanowałam. Elegancko wystrojona robiłam ostatnie poprawki przed moim przedpokojowym zwierciadłem. Właśnie wtedy usłyszałam bardzo delikatne i nieśmiałe pukanie do drzwi. Otwieram, a tam stoi mój zięć trzymając za łapki malutkiego krasnalka - moją wnuczkę. Oczywiście znowu zapomniał, że ma telefon, z którego wypadałoby czasem skorzystać. Choćby dlatego, żeby sprawdzić czy babcia, którą chce się brutalnie wykorzystać do nagłej opieki nad dzieckiem, w ogóle jeszcze żyje!
Ponieważ sprawa nie cierpiała zwłoki i należało ją załatwić nawet po trupie babci, zgodziłam się zostać niańką.
Pobawiłyśmy się z wnusią, pogadały, chociaż ona nie bardzo rozumiała co ja do niej mówię, a ja wcale nie rozumiałam jej języka. Ale dyskusja była zażarta. Kiedy już babcię wyklepała, podrapała, obśliniła, zainteresowała się wszystkimi niebezpiecznymi przedmiotami leżącymi w zasięgu jej wzroku i łapek. Ani na chwilę nie mogłam jej spuścić z oczu. Walczyłyśmy ze sobą jak dwie lwice.Odetchnęłam dopiero kiedy ucięła sobie drzemkę.
A ja poczułam się taka zmęczona jakbym przerzuciła tonę węgla.
Jak ja dałam radę wychować dwoje dzieci? :-)

niedziela, 29 listopada 2009

Niedziela z widokiem... na przyszłość

Niedziela…totalne lenistwo. Mogę sobie na to pozwolić. Ciepełko w domu, fotelik,gorąca kawa wypełnia swoim zapachem moją przestrzeń życiową, papierosek mentolowy puszcza delikatny, „pachnący” dymek…jest mi dobrze. W tle muzyczka, na ekranie telewizora migają jakieś kolorki. Spokój. No bo cóż mi pozostało? Plany na przyszłość…to już nie dla mnie. Co mam to mam…i tak już zostanie. Może jeszcze jakieś podróże? Może jeszcze coś napiszę ?
Tylko…tak mało już nocy i dni.
Każdy dzień jest darem, który otrzymujemy tylko jeden raz. I to już jest szczęście, że ten dar otrzymaliśmy. Ja nauczyłam się cieszyć drobiazgami dnia codziennego. Wschodem i zachodem słońca, wiatrem, który czuję na twarzy i we włosach, widokiem drzew, chmur na niebie, widokiem z mojego okna, zapamiętanym widokiem ze wszystkich okien, przez które oglądałam świat.
Cieszę się, że poznałam wspaniałych ludzi, zwykłych ludzi, że widziałam ich uśmiech i zapamiętałam go na całe życie.
Jeżeli mam kłopoty, to staram się im jakoś zaradzić, jeżeli są problemy staram się je rozwiązać, nie uważam ich za nieszczęście. To są drobne przeszkody, które na mojej drodze stawia życie. Przeszkodę należy pokonać a nie siąść i płakać, i czekać aż przeszkoda zniknie. Ona sama nigdy nie znika. To bezradność czyni nas nieszczęśliwymi. Ale my nigdy nie jesteśmy bezradni, zawsze jest jakieś wyjście, trzeba tylko umieć patrzeć, trzeba uwierzyć w siebie. Przeżyłam wiele ciężkich chwil, ale to co się stało nie było przecież skierowane przeciwko mnie, życie nie zrobiło mi na złość, nie miałam więc powodu aby się załamać i obrazić na życie i cały świat.
Życie jest piękne chociaż nie zawsze toczy się po naszej myśli, ale przez to jest chyba ciekawsze. Możemy marzyć, tęsknić, oczekiwać...a to też jest szczęście. I jeszcze czyjeś kochane oczy, które widzą świat tak samo jak my...czego więcej chcieć?
Widziałam wczoraj zachód słońca. Niebo było jasne, lekko zaróżowione. Na zachodzie, tuż nad wysokim budynkiem ( horyzontu w mieście nie uświadczysz) złoto rozsypane na niebie, mieniący się złoty pył. Warto żyć dla takiego widoku......widoku, który już na zawsze we mnie pozostanie.

czwartek, 26 listopada 2009

Uśmiech losu?

Już nie raz mówiłam sobie: babciu droga, nic nie planuj bo i tak stado okoliczności obiektywnych stratuje twoje plany.
Dzisiaj miałam wysyp gości. Oczywiście niespodziewanych. A już byłam gotowa do wyjścia z domu. Nie zdążyłam:-)
Jeden z gości, zięciem zwany, stwierdził, że w taki ładny dzień to on by w domu nie wytrzymał.
Odpowiedziałam grzecznie i zgodnie z prawda, że ja też nie, gdyby nie nagłe wizyty obcych.
A tu dzień coraz krótszy, trzeba chwytać każdą chwilę światła słonecznego. Depresja jesienna czai się za zasłoną wcześnie zapadającego zmroku. Można jej nie zauważyć. A taka jak się przyczepi to do wiosny nie odpuści.
Znalazłam dzisiaj na ulicy 100 złotych. Podniosłam i schowałam. Ulica była pusta, nie było komu oddać. Wiem, że ostatnio narzekałam na brak pieniędzy, ale żeby zaraz stówka spadła mi z nieba- tego się nie spodziewałam.
Mam lekkie wyrzuty sumienia, że sobie przywłaszczyłam, ale co miałam zrobić?
Zostawić? Dla kogoś innego? Szukać właściciela? Ale jak?
Przypuszczam, że wielu ludzi przyznałoby się do tych pieniędzy, a ja nie byłabym w stanie sprawdzić czy mówią prawdę.
Nie miała baba kłopotów, to znalazła stówkę :-)

środa, 25 listopada 2009

Dzisiaj sobie tylko pogdybam...

Podobno za miesiąc święta. Jakoś tego nie czuję. Pewnie winna temu wiosenna pogoda.
Gdyby nie te czające się na każdym kroku wirusy grypy, byłabym prawie szczęśliwa.
Gdybym tak jeszcze miała trochę więcej pieniędzy, gdybym w końcu zabrała się za dokończenie książki i gdybym była taka młoda na jaką wyglądam – szczęście byłoby kompletne.
:-)

wtorek, 24 listopada 2009

Czas na zmiany?

Po kilku latach wirtualnego bytu na Interii poczułam potrzebę zmiany miejsca.
W porównaniu z poprzednim tutaj mam do dyspozycji więcej bajerów, jak to nazwały moje wnuki.
Zaczynam od zera. Stawiam pierwszy krok na nowej drodze. Ciekawe gdzie mnie zaprowadzi...
Zaczniemy może od marzeń?

poniedziałek, 23 listopada 2009

Chwilowo żyję w innym wymiarze.

Różne przyziemne problemy nie są mi wcale obce.
Zauważam nawet ostatnio, że coraz bardziej się z nimi zaprzyjaźniam. Początkowo wpadały do mnie z rzadka, jakby od niechcenia, i szybko odchodziły. Z czasem odwiedzały częściej i zostawały na dłużej. Teraz niektóre z nich zamieszkały już na stałe.
W związku z tym zajęta jestem całe dnie. Kłopoty są takie wredne, że nie dają mi spokoju. Stale przypominają o swoim istnieniu.
Bardzo mi się nie podobają ci niechciani lokatorzy.
A jak mi się ktoś nie podoba, nie utrzymuję z nim kontaktów..
Pracuję więc bardzo pilnie nad rozluźnieniem naszych więzów.
Rozerwać łańcuchy czas!!
A tego czasu ciągle brakuje.

czwartek, 12 listopada 2009

Pieśń duszy.

Dzisiaj z samego rana, czyli tak gdzieś koło godziny 10:00, wyjrzałam przez okno. Szaro, buro i nijako. Drzewa za oknem nieprzyzwoicie gołe, z zawieszonymi gdzieniegdzie kępkami rudych pomarszczonych liści, mocujących się resztkami sił z podmuchami wiatru. Krajobraz jak z czarno białego filmu.
Ulica, tak zwykle ruchliwa, pusta dzisiaj i błyszcząca od mżawki.
Tylko mały, czarny kundelek z krzywym ogonkiem przechodził powoli przez ulicę po pasach. Wiadomo, miastowa psina.
Ogarnęła mnie taka tęsknota za czymś, za kimś, za jakimś miejscem odległym, nieznanym jeszcze, ale którego istnienie wyczuwa moja dusza.
To bardzo dziwne, ale właśnie w taki ponury dzień jak dzisiaj czuję powiew nowego życia.
Mam ochotę zacząć wszystko od początku. Przecież nie jest jeszcze za późno?
Wywietrzyć duszę, wygonić mole złych myśli, zalegające w zakamarkach pamięci wspomnienia niepotrzebne.
Niech ulecą z jesiennym wiatrem.
A we mnie tyle miejsca na marzenia, nadzieje, uczucia.
Na szaleństwo do utraty tchu.
Tylko niech ktoś zatrzyma czas....

środa, 11 listopada 2009

Popołudniowy sen dnia pierwszego

Bardzo rzadko zdarza mi się usnąć w godzinach popołudniowych. Dzisiaj jednak tak się stało. Pewnie to wina typowo listopadowej, późnojesiennej szarugi za oknem.
Sen miałam dziwny. Nie pierwszy taki.
Śni mi się jakieś dziwne miasto, nieznane domy, w których nagle się znajduję. Jedne są piękne inne w stanie ruiny. Zmieniają się miasta, domy, mieszkania, ulice, widok za oknem. Niezmienny jest tylko mój pobyt w tych miejscach. Odnoszę wrażenie , że to nie jest mój czas, nie mój świat. Dlaczego jednak wszyscy w koło twierdzą, że ja tam właśnie mieszkam? Miejsca, które odwiedzam są mi znajome, ale nie wiem skąd. Zdaje mi się, że już je kiedyś widziałam, że kiedyś tam byłam. Ale kiedy? Wszystkie te miejsca są jakby zagubione w czasie. Istnieją poza czasem.
Dlaczego ja do nich stale wracam?