
Przez całe moje dotychczasowe życie, może wyłączając okres dzieciństwa, planowałam swoja przyszłość, kolekcjonowałam marzenia i czekałam na ich spełnienie.
Teraz jednak dotarła do mnie gorzka prawda.
Nie ma już czasu na plany – trzeba zacząć żyć.
Planowałam, planowałam – i oto dzień dzisiejszy jest rezultatem tych moich nieudolnych planów.
Co zrealizowałam to mam.
Strach mnie ogarnia kiedy sobie pomyślę, że zapomniałam o realizacji planów i marzeń, oczekując na cud. Zdawało mi się, że każdy nowy plan jest lepszy od poprzedniego. Po co więc realizować to co jest tylko namiastką szczęścia?
Teraz jednak wydaje mi się, że nawet tę lichą namiastkę przegapiłam.
A może jednak to co mam, to jest właśnie szczęście.? Może ono właśnie tak wygląda, tylko ja go nie poznałam?
Może to moje szczęście jest takiej jakiejś mizernej postury i nie rzuca się w oczy? Chodzi za mną krok w krok, wierne jak pies i tylko moje na zawsze.
Prowadzi mnie przez życie, wskazuje drogę, rozjaśnia mrok.
Cały czas było przy mnie, takie zwyczajne i malutkie, a ja patrzyłam cały czas wysoko przed siebie szukając wielkiego szczęścia, które nawet gdyby mnie nadepnęło to by mnie nie zauważyło.
Muszę jakoś przeprosić to moje zaniedbywane maleństwo. Może mi wybaczy i zaczniemy w końcu żyć dniem dzisiejszym, nie planując. Co ma być to i tak będzie.
Podobno przydarza nam się tylko to czego oczekujemy.
Będzie dobrze.
To moje szczęście może i niewielkie, ale z powodzeniem starczy mi go do końca życia. A jeżeli będę o nie dbała, to może nawet urośnie?
Z ostatniej chwili
Nie ma tego złego...
Właśnie przeczytałam na Onecie artykuł o Eugeniuszu Bodo, napisany przez jakiegoś dziennikarskiego geniusza. No bo któż inny wymyśliłby taki tytuł? " Idol pensjonarek, kobiet i starszych pań"
Wychodzi na to, że trzeba się zestarzeć, aby zostać Panią :)
Wiadomo przecież, że pensjonarki nie są kobietami, a kobiety nie są paniami.
Tak przynajmniej to widzi autor tekstu. Może ma zeza? :)